czwartek, 24 grudnia 2015

Poderwanie do lotu - część 5





      Alzacja podeszła do półki, szukając książki mogącej zawierać potrzebne jej informacje. Pierwsza  książkę, jaką znalazła w poszukiwanej dziedzinie, sprawiała wrażenie mocno naukowej, pisanej jednak niezbyt przystępnym językiem. W dodatku była to tak gruba bryła, że stała na tej półce chyba tylko jako podpórka dla innych książek.
      Kobieta wertowała wśród pozostałych tytułów, jednak nie znalazła jak do tej pory nic ciekawego. Sięgnęła w końcu po opasłą książkę, z pomarańczową mozaiką na okładce. Podniosła głowę i rozejrzała się po salonie. "Że też człowiek musi chodzić do pracy" – przeszło jej przez myśl, gdy wertowała rozdziały. Zatrzymała wzrok na kilku ostatnich stronach, i zaczęła czytał coś przez chwilę w skupieniu
     - Odnośnie aniołów piszą coś o postaciach u Homera – mruknęła po dłuższej chwili. – Z książki wynika, że  najbliżej naszego wyobrażenia aniołów był Eros, posłaniec między bogami a ludźmi - podsumowała i przewróciła kilka kolejnych stron.
     - Jednak skrzydła i włócznie rzadko im się wtedy przypisuje, jako atrybuty – Alzacja cały czas wyciągała informacje z tekstu – charakterystyczne są albo dla Ateny, bądź dla Nike.
     - Nike? - Starsza kobieta odezwała się z drugiego końca salonu – Bogini zwycięstwa, dająca nadzieję.
     – I po co jej włócznia i kolumny? - zapytała Alzacja nie przerywając lektury. Po chwili zamknęła książkę i odłożyła na półkę.
     - Nic więcej w raczej nie znajdę – stwierdziła ze skwaszoną miną i spojrzała na sąsiadkę.
     - Włócznia może być atrybutem konfliktu bądź walki, sprzeczki. - powiedziała starsza kobieta spokojnym tonem.
     - Kolumny zaś – dodała po chwili zastanowienia - mogłyby służyć jedynie do naprowadzenia na poprawną interpretację postaci w środku. Jaka była reszta treści?
Alzacja wzruszyła ramionami, jakby nie miała już ochoty rozmawiać na ten temat. W pamięci tworzyła scenariusze z najgorszych cech charakteru jakimi mógł posłużyć się auto.
     - A pani zdaniem, o co tu chodzi? Może to jakiś kolejny ich żart? – zapytała.
- Wątpię – odparła staruszka wyraźnie zamyślona nad czymś. -Póki co, jeszcze niewiele możemy wnioskować po intencjach autora - uznała kobieta. Alzacja ożywiła się w jednej chwili.
     - Pani poczeka moment – rzuciła przemierzając salon w stronę drzwi. Chwyciła torbę ze swoimi zakupami, ubrała buty i wybiegła z mieszkania. Trwało chwilę, gdy jej nie było. Starsza pani pod jej nieobecność uporządkowała stolik, zanosząc filiżanki i talerze do kuchni.
       Młoda kobieta wróciła po kilku minutach do mieszkania, z szeleszczącą kartką w dłoni. Zdjęła buty, przekręciła zamek w drzwiach i weszła do salonu.
     - To nie ma najmniejszego sensu – powiedziała i rozłożyła kartkę trzymaną w dłoni.
     - Effupi... - zaczęła dukać, nieudolnie starając się rozczytać znaki - eyo... solus ul nuntiarem tibi.
     - Może 'effugi'? – zapytała sąsiadka.
     - 'Effugi' też jest możliwe – stwierdziła Alzacja, próbując okiełznać wzrokiem seledynową czcionkę.
     - Może tam jest napisane 'Effugi, ego solus, ut nuntiarem tibi'? - zapytała staruszka. Alzacja spojrzała jeszcze raz na wydruk. Zgadza się.
      - Tak, może być właśnie coś takiego – stwierdziła. - Wie pani co to znaczy?
Starsza kobieta podeszła do półki z książkami i chwyciła z górnej półki Biblię w czarnej okładce.
      - Najwyraźniej treść jest bardziej zawiła, niż się nam pierwotnie zdawało. Jestem pewna, że to zdanie powtarza się w którejś z ksiąg w Starym Testamencie – powiedziała i położyła książkę na stole.
    - Ale co znaczy? - powtórzyła zniecierpliwiona Alzacja. Starsza pani westchnęła i zamyśliła się. Chwila wydłużała się jak w poczekalni u dentysty. "Chyba nigdy mi nie powie" – wątpliwości zaczęły nachodzić Alzację w myślach. Sąsiadka wstała i odłożyła Biblię, po czym wróciła na swoje miejsce.
     - "Ja jeden przeżyłem i uciekłem, by ci o tym donieść" – powiedziała, siadając. Pojedyncze słowa brzmiały w głowie, więc przewijała je kolejno, by zrozumieć sens zdania. Chociaż zbliżyć się do niego. Byle wyciągnąć z tego zdania coś więcej, niż tylko poszczególne słowa.
     - Czyżbyś miała cichego sojusznika, który cię wspiera? – zapytała po chwili starsza kobieta .-Jeśli tak, to dziwaczne bardzo ma sposoby komunikacji.
    - A jeśli to znaczy coś innego? - Alzacja zmartwiła się.
    - Nie bądź beksa – starsza kobieta szybko ucięła temat. - Możliwe bardziej, że masz w
tym gnieździe szerszeni sojusznika, który daje ci znać o swoim istnieniu.. - Kobieta zamyśliła się na chwilę. - Może jak i ty, nie lubi presji społecznej? Dlatego wyraża się w taki sposób.
     - Ale czemu robi to tak zawile?
     - Może właśnie
tą miarą powinnyśmy mierzyć ten potencjalny strach? Może boi się reakcji reszty? - zasugerowała sąsiadka.
     - Tchórz zwykły – burknęła Alzacja -Takie rzeczy mówi się prosto w oczy.
     - Kochana, obawiam się, że nie wytrzymałabyś dłuższego spojrzenia obcej osoby – oceniła spokojnie starsza pani. - A z tego indywiduum taki sam tchórz, jak i ty.
     Alzacja miała mocno odmienne zdanie. Jeśli dobrze odczytali intencje autora, to młoda kobieta uznała je za oburzające, zastanawiając się nad konkretnymi pobudkami.
     - O ile nasza interpretacja jest poprawna, wynika z niej, że osoba która to wysłała, tam siedzi wśród reszty – powiedziała Alzacja oburzonym tonem głosu. – Inaczej po co ukrywać swój przekaz pod tyloma symbolami?
    Starsza pani westchnęła i pochyliła się nad stolikiem, położyła łokieć na blat i dłonią podparła głowę.
      - Inteligentna bestia.
      - Przecież to najprędzej manifestacja psychopatycznych zamiarów jakiegoś zboka! – Alzacja miała już dość tego wszystkiego i wybuchła, gdy podświadomie zorientowała się że zamiast rozumieć coraz bardziej, zaczyna coraz bardziej nie rozumieć.
     -
Może się mu spodobałaś? - zażartowała starsza pani.
     -
To było do przywidzenia, przy moim pechu - podsumowała Alzacja -  Niecały miesiąc w nowym miejscu, i dowiaduję się, że pracuję z potencjalnym psychopatą. A ten jest pierwszym, o którym nam wiadomo.Czemu moja osoba musi przyciągać zazwyczaj tylko samych szajbusów?

(cdn...)

niedziela, 20 grudnia 2015

Poderwanie do lotu - część 4




     Opuszczając budynek, młoda kobieta spojrzała na zegarek. Był kwadrans po czwartej. To bardzo przyzwoita godzina, bo daje nadzieję zdążyć na wcześniejszy autobus. Oczywiście, o ile ten przyjedzie, jak zwykle, opóźniony z powodu korków. Akurat w piątki najczęściej mu się to przytrafia; godziny w szczycie takich dni w tygodniu liczą się podwójnie. Nagle wszyscy gdzieś się spieszą, w wyniku czego kończą ustawieni jeden za drugim, z ostatkami zdrowego rozsądku rozszarpanego kończącymi się pokładami cierpliwości. Skłębieni w irytacji, ściśnięci pasami, kurczowo wtuleni w kierownice. Nieraz wykrzykując jeden do drugiego: "No szybciej, kurwa! Przecież ja nie mam tyle czasu co ty".
      Jednak to kierowcy, główni uczestnicy ruchu, najlepiej wiedzą w jakich godzinach jest najgorzej. Mimo to, psioczą na zatłoczone ulice ile wlezie przy każdej okazji. Dzwonią nawet do radia, które w tym czasie nadaje audycje o tym, o czym nie chciałbyś słuchać stojąc w zakorkowanym skrzyżowaniu – o sytuacji na drogach. To w efekcie ubogaca słownik wyzwisk, jakim operuje cała ulica.
      Wszyscy wydają się być zaznajomieni z problemem, ale gdy przychodzi co do czego, to jadą swym autem za tłumem, jak stado skończonych lemingów. Budzą się z letargu dopiero wtedy, gdy widzą jak piesi od dłuższego czasu są bardziej mobilni niż oni – jednocześnie zesłańcy, jak i straceńcy losu. Niektórzy, obwiązani pasami i czerwoni na zewnątrz bardziej przypominają bardziej baleron ze stoiska z wędlinami; zastygając w bezruchu, oddalają się od czytanego przez kobietę zdania, że "jesteśmy z tego samego gatunku, do którego należeli Leonardo da Vinci, Einstein. Warto zdać sobie sprawę z tego, że więcej ich z nami łączy, niż dzieli" – czytała z niedowierzaniem.
      Reakcje ludzi wkoło mocno kontrastowały z takimi, z pozoru oczywistymi zdaniami. "Może i tam Leonardo wymyślił sporo gadżetów, nim nastała ich era." - pomyślała – "Ale chyba doszedł do jednego z krańców naszego gatunku. Potem zaś nastąpiło oddalenie w drugą stroną. Co, jeśli ten korek, to taki mentalny powrót na gałąź do dżungli? - zamyśliła się i rozejrzała wkoło
      Kierowcy i ich pasażerowie są jak nieszczęścia zamknięci w puszce Pandory. W rzędach ustawione, erupcja następuje średnio w co trzeciej, zazwyczaj już po kwadransie padają z wnętrza złowieszcze słowa.   
     Właściciel choćby cały dzień liczył tabelki czy inne duperele, tak teraz wystawia swoją osobowość jak na dłoni. Nie wie, że jest jak i reszta, pozostawiony na rozpaczanie i jedyne co może zrobić, to wyglądanie na świat zza szyb i łkanie z żalu nad straconym czasem. Jeszcze swego czasu, Alazajcę bawiło wybieranie największego choleryka złapanego w sidła, w drodze z żeru do legowiska. Liczyła wówczas ilość przekleństw rzucanych w tłum przez nieświadomych uczestników tej konkurencji, i zastanawiała się, jaki prywatnie jest taki człowiek.
      Jednak obecnie, młoda kobieta spędza te cenne minuty w tylnych rzędach autobusu na przewracaniu kolejnych stron aktualnie czytanej książki. Zazwyczaj przeleci oczami kilkanaście kartek, nim autobus zatrzyma się na jej przystanku. Po tym jak wysiądzie, najczęściej kieruje się w stronę sklepu – dość sporej przybudówki dużej kamienicy vis-a-vis jej bloku – gdzie kupi jakieś wino na jutro, kilka produktów spożywczych dla siebie i osobno drugie zakupy dla swojej sąsiadki. Nim wejdzie do siebie, staje wpierw pod jej drzwiami. Otwierają się zawsze w momencie, gdy do nich podchodzi i z wnętrza mieszkania wyłania się leciwa kobieta, o dość mocno pomarszczonej twarzy, jednak dostojnie ubranej. Zawsze starała się też trzymać pozę stojącej bardzo mocno na ziemi.
      - Z czasem będzie potrzebował coraz więcej przestrzeni – odezwała się dość cichym i w miarę ciepłym tonem głosu. Alzacja bez słowa weszła do mieszkania, kierując się od razu w stronę kuchni. Postawiła torbę z zakupami na stół, po czym wróciła pod drzwi i tam zostawiła buty. Na wieszaku zawiesiła torebkę, kurtkę i szalik. Weszła do salonu odczuwając komfort swobody ruchów.
      - Jakaś zdenerwowana dziś byłaś chyba – stwierdziła starsza kobieta siedząc przed fortepianem z wyciągniętymi do góry dłońmi. Rozpoczęła grę gwałtownymi uderzeniami palcami palców, niemal o krawędzie klawiszy. Na stoliku przed sobą Alzacja zauważyła stojące naprzeciwko siebie, dwie filiżanki, ze świeżo zaparzoną herbatą. Młoda kobieta z gracją sięgnęła po jedną i zrobiła delikatny łyczek, wsłuchując się w muzykę.
      Na stoliku stał jeszcze talerz z przygotowanym dla niej obiadem. Alzacja dała za wygraną w tej kwestii już jakiś czas temu, i jeśli starszej pani już tak bardzo chce, to niech przyrządza te obiady, "jako uczciwą należność, ze względu na te drobne przysługi". Dzięki temu, gdy kończy pracę, jakby mniej się przez to spieszy. Unika wizji czasochłonnego gotowania, nawet pomimo własnego sprzeciwu. Tak też bywa. Muzyka cichnie".
      - Zbyt czysto jak dla mnie – podsumowała Alzacja po zakończonej grze, chwyciła za sztućce i przysunęła talerz bliżej siebie. Zaczęła jeść, z głodu gryząc zbyt szybko i łapczywie.
      - Nawet nie zdajesz sobie sprawę, jak mocno ubolewam we własnym wnętrzu, że nie dane ci słyszeć i doceniać w końcu zaprezentowaną ci właśnie odmianę wrażliwości emocjonalnej – odparła sąsiadka, zwróciła się frontem do instrumentu przed sobą i sprawnym ruchem dłoni zamknęła drewnianą klapę klawiszy fortepianu. Gdy tylko zadźwięczała metalową łyżeczką wrzuconą do małego, okrągłego, porcelanowego naczynka, wówczas odwróciła się w kierunku Alzacji.
      - Dużo Kosik dziś jadł? - zapytała między kęsami młoda kobieta. Szybko skończyła, popijając niewielką ilością niesłodzonej herbaty. Odłożyła filiżankę i oparła się o fotel, spoglądając na sąsiadkę
      - Coś tam dziobał, niezbyt wiele – powiedziała sąsiadka cichym głosem po chwili. Zaczęła przesuwać delikatnie dłonią po gładkim lakierze klapy fortepianu. - Dość powoli się wylizuje. Jeszcze nowe otoczenie, oswajanie się? - wymieniła- Fizycznie widać, że ledwo co się trzyma, ale może – obniżyła ton głosu i syknęła coś niezrozumiale.
      - Natomiast jego stan psychiczny – kontynuowała sąsiadka - jak zawsze, pozostaje sferą mniej widoczną – po tym spostrzeżeniu zamilkła na chwilę.
      - Pomyśl, że nagle – zasugerowała cichym, ciepłym głosem – w jednej chwili napada cię banda łotrów, a drugiego dnia budzisz się w klatce. Nikomu w takiej chwili chyba nie byłoby łatwo i nie możemy mu się dziwić – starsza kobieta zrobiła długą pauzę, gdy ręką chwytała filiżankę. Złapała ją i wypiła niemal połowę na raz.
      - Co cię tak dziś przygniotło, kochana? - zapytała z zupełnie inną energią.
      Dziewczyna poprawiła się w fotelu i zaczęła opowiadać o wrażeniach z tego dnia. Jej starsza znajoma słuchała w skupieniu i zadumaniu. Czasami tylko odwróci głowy i o coś dopytuje,o jakiś szczegół najczęściej. Bywa też, że sprawia wrażenie myślenia o tematach biegunowo odmiennych. Często jej też się zdarzyło odpłynąć, co tłumaczyła mówiąc jak to w danej chwili odgradza się, by odczuwać muzykę.
      To taki specyficzny stan, na jaki zapada momentami. Nazywa go "osobliwą katatonią". Woli by wtedy jej nie przerywać, by w sposób o mechanizmach sobie tylko znanych, odciąć dopływ bodźców do świadomości, i wrócić do niej z nowym utworem w pamięci.
Po prostu, jak to nazywa: "najzwyczajniej zamyka umysł na tą czasoprzestrzeń. Wyobraźnią zaś otwiera wyrobioną latami pewną osobistą sferę" – tak kiedyś to opisywała.- "Tam właśnie dźwięk ma szanse, by zabrzmieć, stając się materią." - tak to opisywała Alzacji. Czemu akurat to stanęło jej przed oczami, nie miała pojęcia. Zerknęła na staruszkę.
     - Na koniec pracy jeszcze – odezwała się Alzacja, przerywając ciszę - nie wiadomo skąd, na prywatnego maila, dostaję pustą wiadomość.
     - Co w związku z nią? - zapytała starsza kobieta, po czym wstała i skierowała do drzwi drugiego pokoju.
     - Chyba już się nieco uspokoił – stwierdziła, idąc powoli przez salon. - Możemy spróbować do niego podejść – powiedziała. Stanęła na środku i wsłuchiwała się chyba teraz we wszystkie dźwięki dobiegające z drugiego pokoju. Alzacja wstała, wyprzedziła sąsiadkę i podeszła do drzwi.
      Ostrożnie nacisnęła klamkę. Uchyliła lekką przestrzeń, chcąc spróbować dojrzeć klatkę na stoliku pod oknem, Miała nowego, tymczasowego mieszkańca, ulokowanego bez zameldowania na pobyt nieokreślony. Zdawałoby się, że został odrzucony jak puch marny przez swoich opierzonych współbraci, aspirującej do roli potomków dinozaurów. "Może widzi to, i jeszcze bardziej woli być ptakiem?" - pomyślała widząc jak ptak poruszył się w klatce nagle zdenerwowany by po chwili zacząć lekko się szamotać. Alzacja uznała, że potrzebuje on jak najwięcej spokoju, więc czym prędzej zamknęła drzwi.
      - I jeszcze na koniec dostałam na pocztę pustego maila, z obcego adresu – powiedziała. - W załączniku była grafika: jakiś anioł między kolumnami a obok zbyt jaskrawą, zieloną czcionką nieczytelny napis – młoda kobieta zamyśliła się na chwilę - Nie zdziwiłabym się za bardzo, gdyby w wolnym tłumaczeniu, były to teksty piosenki disco-polo – Alzacja zaśmiała się i nerwowo chwyciła filiżankę na stoliku. Podniosła ją i wypiła końcówkę, ostygłej zresztą już, herbaty.
      - Co konkretnie głosił napis? - odezwała się sąsiadka z zapytaniem, w zasadzie o kompletną drobnostkę. Gdyby Alzacja nie znała swej sąsiadki, uznałaby że ma ona wszystko gdzieś; oceniłby że tego typu jej pytania wynikają, że obudziła się w środku tematu, i jej głupio, więc przez grzeczność pyta o pierdołę. Ale ona zawsze ma powód, gdy się odzywa.
     - Nie mogłam rozczytać, chyba po włosku – odparła młoda kobieta, zmęczona dniem, jak i tym tematem. Poczuła, że od obu chce już odpocząć.
      - Co to był za anioł, Cherubin? - dopytywała staruszka. Alzacja niechętnie, ale zaczęła sobie przypominać.
      - Nie taki anioł – odpowiedziała – W zasadzie anioł-kobieta. Miała długą suknię, skrzydła i trzymała jakąś szpadę. Stała między dwoma kolumnami.
      - Jakimi kolumnami dokładnie? - padło ciche pytanie. Alzacja poczuła się lekko nieswojo.
      - Zwyczajnymi, jakich wiele - odparła rozkojarzona pytaniem.
      - Opisz mi jak najdokładniej. Uważam, że od nich należy zacząć, dlatego chcę znać wygląd tych kolumn - powiedziała sąsiadka. - Anioł był oczywiście między dwiema pojedynczymi kolumnami?
      - Tak – Alzacja kiwnęła głową i zamyśliła się – Kolumny były długie i proste.- próbowała przywołać do pamięci więcej detali. Ten zielony obok napis miała gdzieś obok, najlepiej nawet niech idzie w diabły. W skupieniu drążyła lewy fragment obrazka, łącząc go jak puzzle z fragmentami wspomnień. Liczyła, że w ten sposób pomoże przypomnieć sobie, jak te kolumny wyglądały.
      - A ten napis też ciekawy – rzuciła niespodziewanie sąsiadka. "I dupa, szlag trafił choćby tych kilka słów, przez tą obłąkaną telepatkę, której robię z litości zakupy" – pomyślała, rozdrażniona wewnętrzne.
      - A jak to tylko ozdoba? - zapytała, tracąc nadzieje, że nie znajdzie żadnych detali w pamięci.
      - Wiesz, prawdopodobieństwo że to może być jedynie ozdoba, jest mniejsze. Uwzględniając chociażby tajemniczej samej wiadomości. Nawet, jeśli to jakaś prowokacja, warto znać treść, jaką autor chciał przekazać. Ma takie pole manewru, i miałyby to robić tyko dla ozdoby? - zapytała spokojnie starsza pani.
      - Tak, ozdoby! – Alzacja ożywiła się. - Te kolumny miały na górze, pod freskami jakby, takie ozdobne zawijasy na górze – przypomniała sobie.
      - Woluta – mruknęła z zadowoleniem starsza kobieta. – Jakby porządek joński.
      - A gdyby pani mogła komunikować bardziej przystępną mową? – Alzacja westchnęła i rozłożyła ręce.
      - Mogłabym - kobieta skinęła głową i się uśmiechnęła.- I mogłabym też nie zawracać głowy ironiami w swoją stronę, ale ty tyko chciałabyś parzyć jak pokrzywa latem. - powiedziała, po czym spoważniała.
     -  Zasmuca mnie jednak ważniejsza rzecz: poczucie, że w gruncie rzeczy niewiele wiemy o Starożytnej Grecji. W szerszych kręgach społecznych lepiej wypadali nawet analfabeci ze średniowiecza  – wyjaśniła.    
     - Te kolumny mogłyby, wielce prawdopodobne, stanowić istotną część intencji autora. Pewności jednak nie ma, możliwe że są jakimś rodzajem podpowiedzi na boku. Wyczuwam w takiej intencji jakby chodziło o to, że symbolikę postaci centralnej rozpatrywać między odpowiednimi ramami czasowymi. W tym wypadku zakładamy pryzmat patrzenia z punktu mitologii Starożytnych Greków.
      - To oni mieli tam anioły? - zapytała Alzacja.
      - Naturalnie – starsza pani kiwnęła głową - Można powiedzieć, że nadana przez nich nazwa, używana była przez resztę cywilizacji całymi wiekami – wyjaśniła. - Aniołów u Greków jest całkiem sporo.
      Alzacja chwyciła ciastko, obiecując sobie, że postanowienie nie zjedzenia więcej żadnych słodyczy na dziś przypieczętuje, najlepiej będzie, jedząc tą okrągłą, pokrytą czekoladą, jedyną z nielicznych przyjemności w życiu. Im mocniej kontrolowana, tym bardziej taki, pojedynczy nawet smakołyk, zyskuje na znaczeniu.
       - Tylko pokrętnymi drogami przeszłyby pewne, zdawałoby się, mniej fortunne założenia – mówiła dalej - jakoby Atena była takim aniołem, zesłanym przez Zeusa – wyjaśniła.
      - Atena to bogini wojny – przypomniała sobie Alzacja i zadumała się. – To znaczy, że ktoś chce wypowiedzieć mi wojnę?
      - Młoda damo – starsza pani odezwała się uspokajającym tonem. - Bądź tak uprzejma i podejdź ze swej łaski do regału. Tego od samego okna – starsza właścicielka mieszkania wskazała ręką. - Na trzeciej półce od góry jest kilka książek odnośnie mitologii Greckiej. Zajrzyj do skorowidza którejś - zasugerowała.
       - Czyli interesują nas te postacie podobne do aniołów, które mają skrzydła i zdarza im się dzierżyć włócznię? - podsumowała pytaniem w zasadzie retorycznym. Sąsiadka, kiwając rytmicznie głową nad fortepianem, zaczęła na nim odgrywać pojedyncze nutki.

(cdn...)


sobota, 19 grudnia 2015

Poderwanie do lotu - część 3




      Już po tygodniu pracy Alzacja stwierdziła, że jej cierpliwość czasami przeobraża się w jej największą wadę; coś czego sama w sobie znieść nie może. Stara się znosić coraz częstsze docinki i zagrywki, zachowując przy tym wewnętrzny spokój oraz nie reagując nazbyt emocjonalnie. Czasami w duszy sama nawet się zaśmiewa z głupich pomysłów, bo lubi nieszablonowe pomysły, jak wtedy gdy na firmową skrzynkę zaczęła dostawać pozdrowienia i skany z osobistymi dedykacjami, rzekomo od wokalistów niektórych popularnych zespołów. Maile i podpisy sprawiały wrażenie wiarygodnych, Alzacja zrobiła małe śledztwo i porównała podpisy na forach i portalach społecznościowych, i w zasadzie charaktery pisma się zgadzały, więc by taki żart zrobić, należało wykazać się nie lada znajomościami.W takich dowcipach, skierowanych przeciwko niej, potrafi docenić pomysłowość, jeśli takową rozpozna.
      Na zewnątrz zaś sprawiała wrażenie, jakby wszystkie te rzeczy działy się przypadkiem, a sama udawała do takiego stopnia, że koordynatorzy większości pomysłów cieszyli się, nieraz myśląc jak to znów udało im się ją nabrać. W ich zamiarach, a także w słowach, postawach widziała więcej niż im się wydawało. Zresztą, omawiała ich zachowania z osobą dużo bardziej przenikliwą, w głowie przewijając sobie niektóre zdania i myśli. Dzięki temu jeszcze lepiej wiedziała, jakimi motywacjami kieruje się każde z osobna, ale tłumiła w sobie chęć wyjawienia im swojego przeczucia, jakby sami nie byli do końca świadom, że w odpowiednich momentach przyjmują pozy nazbyt przewidywalne. Wtedy dochodziła do wniosku, że jednak, między innymi z tego względu wolałaby nie być jak oni. Zbytnio ją to drażniło.
      "Ciekawe jak oni by się zachowywali, jakby przed nimi ktoś jawnie udawał głupka?" - myślała. - "Obrażałoby ich to? Na początku na pewno bawiło, ale potem? Jeśli wcześniej byli luźną grupą, to teraz konsolidują się moim kosztem, umacniając wewnętrznie. Moje nerwy są w jakiś dziwnych rytuałach im potrzebne, jak dzikim plemionom, tyle że w dżungli kapitalizmu."
      Prymitywne pomysły w stylu rozkręcenie fotela, by móc pośmiać się z czyjegoś upadku, należą
zazwyczaj do Maćka. Wyznawcami manifestacji jego ego są jeszcze Andrzej i Kamil. Ten drugi to silnie narcystyczny typ, który niezbyt wyszukanymi żartami próbuje ukryć, że ma zaburzenia lękowe. Andrzej natomiast próbuje zachowywać ton neutralny w stosunku do mnie, ale poprzedza go wyszeptane "patrzcie jak jej dogadam" do kilku głów, kilka sekund wcześniej.
      "Najbardziej niepokojąca jest Mariola" – pomyślała o pozostałych trybikach. - "Sama nie wie, że reprezentuje w grupie typ furiatki, którą przenosi ze sfery zaburzeń, do czynności codziennych. Zaczyna przez to kreować ją jako część swojego charakteru, z czego notabene jest dumna, albo taką pozę obronną przyjmuje" – Alzacja trafnie ją oceniła.-"Ciekawe o jakiej życiowej traumie stara się tak bardzo zapomnieć?"
      Grupa od pewnego czasu zaczyna odseparowywać się od młodej dziewczyny jeszcze bardziej, a ona wiedziała że przyjdzie etap, że wkrótce przestaną na nią zwracać w ogóle uwagę. Oni jednak wciąż byli na niższym etapie jeszcze. Już sam kontakt wzrokowy robił im jakąś krzywdę, a ona jest powodem, dla którego zebrali się w grupę: by móc wreszcie zamanifestować swoje istnienie jeszcze silniej."
      Alzacja przypomniała sobie, że kiedy była mała i jąkała się, zawsze starała sobie przypomnieć jak zanurzyła się w basenie i stopniowo wynurzała. Uspokajało ją to i dzięki temu rzadziej się jąkała przy wypowiedziach. Gdy dorosła, nauczyła się być przygotowaną, na każdą ewentualność, jaką podsuwała jej wyobraźnia. Nadzwyczaj rzadko się zdarzało by się zająknęła, przypisując to temu, że była bardzo zorganizowaną osobą. Miała fantazję, bujną jak fryzura Chopina, za którym swoją drogą zbytnio nie przepadała. Wolała Beethovena.
      Od kilku dni w pracy Alzacja czuła przemęczenie, zdarzały się chwile że nic ją nie cieszyło. Ona sama chciała skupić się tylko na pracy. Po prostu, robić swoje i nie reagować na otoczenie, a to mimo wszystko nie bardzo jest możliwe. Czasem potrzebna jest współpraca, ale w tej chwili czuła, że część swej energii oddaje na integrację grupy poszczególnych pracowników, nie wiedząc dokąd ucieka pozostała część. Miała jej coraz mniej, aż wykonując rozmowy telefoniczne, żałowała, że nie nazywała się inaczej. Mogłaby być chociażby Grażyną, i nie pogardziłaby takim imieniem, jest dość popularne; na dodatek wymyślonym przez poetę czasu wieszczów.
       Kobieta zrozumiała, że jakiekolwiek poznanie, w tym próby poznania siebie, wynika w dużej części z rodzaju i stopnia wrażliwości ludzkiej. Pozostaje pytanie tylko o skalę, w której ujmuje się tą wrażliwość osobistą, bowiem jej mierzenia jeszcze nikt dotąd się nie podjął. Jednak, im mocniej odbierasz świat, tym dosadniej się go uczysz, a obrazy jego momentów zapadają Ci w pamięć. Gdy już to się stanie, i nazbiera się ich tam kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, to zaczyna wypływać na powierzchnię myślenia drażniąc coś, czego nie da się ująć w proste definicje: świadomość.
      Te myśli są jak pasożyty - tym mocniej przylegają, im bardziej ktoś się z nimi szarpie. Niczym mucha w pajęczynie, siedzą zaplątane w pamięci. "Propos pamiętania, muszę wydrukować tamte zestawienia z zeszłego tygodnia, i włożyć je do tej cholernej teczki w kolorze niebieskim" – Alzacja nagle przypomniała sobie o obowiązkach. - "Pomyśleć że już czwartek, a zestawienia za ten tydzień dalej są pustą tabelką jako plik na dysku w komputerze". Alzacja otworzyła plik i zaczęła wypełniać wymagane dane by mieć to już za sobą, możliwie jak najszybciej.
     "Ciekawe, czy dziś zjadł wszystko co dostał?" - pomyślała i spojrzała na zegarek. Było wpół do czwartej. - "Minie, jak uzupełnię zaległości" – stwierdziła – "Taki brutalny świat mają widocznie, byłyby go zadziobały. Swoje przeszedł, niech teraz w spokoju dochodzi do siebie".
      Był piątek, zbliżała się szesnasta. Alzacja uzupełniła już tabelkę, a następnie wydrukowała za jej pomocą dokumenty. Wyszła przekazać je odpowiednim przełożonym, gdy wróciła, chciała już gasić komputer. "Jeszcze tylko, tu zajrzymy. Co to?" - pomyślała, sprawdzając prywatną skrzynkę mailową i zorientowała się, że dostała pustą wiadomość, zawierającą załącznik z plikiem graficznym. Przyjrzawszy się, uznała że niewiele z niego rozumie. Pełen był treści, z której raczej nic nie wynikało. "Znowu psoty odwalają, a mi zużycie energii wzrośnie." – pomyślała, i zaczęła zbierać się do wyjścia. W myślach próbowała zinterpretować zachowany w pamięci obrazek z załącznika.

(cdn...)

wtorek, 15 grudnia 2015

Poderwanie do lotu - część 2



      Młoda kobieta rzuciła spojrzeniami po kątach pomieszczenia, gdzie każdy zdawał się być skupiony na swojej pracy. "Mniejsza z tym" – pomyślała. – "Z resztą, bo i tak już na zebraniu drużyny nadali mi pewnie sprawność wariatki, i wyżej w tym raczej już nie zajdę" – Alzacja machnęła na to ręką. Spojrzała na swoje biurko i przypomniała sobie, czym to właściwie powinna się teraz zająć.
      W myślach zaś walczyła z przekonaniem że powinna być bardziej towarzyska, zaczęła więc niepotrzebne rozważania nad tym, w jaki skuteczny sposób może stać się bardziej podobna do uczestników grupy zbierającej się na siedemdziesiąt trzy procent przy biurku Maćka; rozmyślała jakie kroki mogłaby przedsięwziąć, żeby umieć rozmawiać swobodnie o sprawach pozazawodowych. To w zasadzie było w jej zasięgu, ale wewnętrznie nie postrzegała tego jak coś, dzięki czemu mogłaby się rozwinąć.
      Dla samej chyba tylko draki, z kalkulatorem w ręce wyliczyła, ile czasu musiałaby poświęcić kolejno na serwisy plotkarskie, maraton serialowy, oraz ile by musiała spędzić na czytaniu publicystyki. Nieprzyjemnie jej się robi na samą myśl, gdy już słyszy jak same tytuły czasopism, a nie poszczególne tezy z artykułów, używane są wśród pracowników w charakterze mocnego argumentu w rozmaitych dyskusjach. Po podsumowaniu wyszło jej że na wszystkich tych czynnościach musiałaby spędzić minimum cztery godziny dziennie, co mocno ją zdziwiło. "Czy ludzie wykorzystują czas prywatny, naprawdę w tak bezproduktywni i odtwórczy sposób, czy to ja widzę więcej sensu w poświęcaniu go dla innych spraw?" - zastanawiała się. Akurat ją niezbyt interesowały tematy, które przewijały się w dyskusjach, z chęcią natomiast porozmawiałaby o czymś ciekawszym. W zasadzie nie każdy lubi malować czy bawić się w układanki słowne jak i nie każdy przygarnąłby pod swój dach kosa.
      Ją akurat fascynuje bardziej, gdy w ogóle coś łatwiej jest wyrazić innymi sposobami, niż w niemal matematycznym schemacie wypowiedzi degradowanej do pustych słów, przez posługiwanie się ograniczonym zbiorem pojęciowym. Język w biurze jest właśnie taki - bardziej matematyczny, i niektóre rzeczy trzeba przekazywać stosując odpowiednią formułę, innym razem niektóre codzienne rytuały sprowadzają się do regułek mechanicznie odtwarzanych. "Cześć" i "dzień dobry" jakby z taśmy, kierowane z samego rana do zaspanych głów, zakotwiczonych jeszcze bardziej w nocy. Alzacja się nieraz zapominała chcąc wnieść w to powitanie nieco więcej siebie, kilka razy więc w pierwszej sytuacji odpowiadała "doberek", z czego szybko zrezygnowała. Jakkolwiek spostrzegawcza i inteligentna, dopiero zauważyła, że lepiej nie należy pozwalać sobie na zbytnie odstępstwa od protokołu. Jedno, wypowiedzenie bardzo oficjalnym tonem "słucham?" skutecznie ją sprowadziło na ziemię.
      Widocznie wszyscy wolą powitania, będące schematem w kontekście rytuału, skutecznie wypracowanego pokoleniami. "Czy im te mechanizmy nie zgrzytają?" - pomyślała pewnego razu, zauważając że Andrzej ma zwyczaj z końcem pracy, ogłosić zza biurka "cześć wam"  i wyjść nie spoglądając na nikogo. Takie słowa z nawyku, bez ducha rzucone w próżnię. Pełno takowych codziennie w biurze, nawet więcej niż potrzeba. A jednak, i w takim potoku, są odpowiedzi, których się nie powinno udzielać jeśli się nie chce wdepnąć na minę konwenansów ogólnospołecznych. Z pozoru neutralna odpowiedź, może jednak okazać się zła.
      Przykładowo, razu pewnego, gdy podczas przerwy pracownicza zgraja znów zebrała wokół biurka Maćka, niczym stado szpaków na gałęzi, ich dyskusja stanęła bodajże na muzyce. Alzacja była w tym miejscu dopiero drugi raz, wszystko wkoło zdawało się takie obce i nieoswojone. Jednocześnie czuła, że skupia na sobie takie zainteresowanie, niczym celebryta w trasie, co pomylił drogi lądując na ciemnej wiosce i zwabiony światłem, z pytaniem o drogę zaszedł na wielską potańcówę. Zaś ona, niczym nowa ryba w stawie, zajęła wolny kąt i w oszołomieniu nowym miejscem Siedziała więc przy biurku i jadła drugie śniadanie. Wtedy w jej kierunku rzucone zostało pytanie z tłumu:
      –A ty, Ala? Uważasz, że disco polo jest obciachowe? – dziewczyna od razu poznała głos Andrzeja. Po jego pytaniu nastąpił tłumiony chichot.
      – Każdy słucha to, co mu się podoba – odpowiedziała spokojnie. Towarzystwo jednak z niezrozumiałych dla niej powodów zareagowało gromkim śmiechem, którego przytłaczające echo powracało do jej podświadomości przez resztę dnia.
      – Jak można nie mieć nic przeciwko najgorszej muzyce ever? – padło głupio zakończone i retoryczne pytanie wypowiedziane damskim głosem, ukrytym między kilkoma osobami. Alzacja nie odpowiedziała, w pamięci przypomniała sobie "burzliwe dyskusje odnośnie gustów wśród miłośników łacińskich sentencji " i kończąc kanapkę, rysowała coś na kartce. Grupa odczuwała niedosyt.
      – Weź, nie żartuj że lubisz disco-polo – stwierdził Andrzej i się roześmiał, wraz z nim kilka innych osób i w poczuciu dobrze spędzonej przerwy rozeszli się do swoich biurek. Następnego dnia Alzacja już nie pamiętała o całej tej sytuacji. Pamięć zbiorowa jednak bywa trwalsza, a założenie z którego wyszli wtedy przypominali Alzacji na swój specyficzny sposób. Raz, na swoim odtwarzaczu znalazła całą płytotekę "Boysów", którą widocznie ktoś musiał jej wgrać pod jej nieobecność w biurze. Innym zaś razem, po jakimś tygodniu, w porannego zaspania system komputera przywitały ją refren "Jesteś szalona", ryczący z głośników. "Że też komuś faktycznie się zachciało wkładać tyle wysiłku w wyobrażenie sobie, jak to jest być znów złośliwym psotnikiem rodowodem z przedszkola?" - zdziwiła się, gdy już ochłonęła.
      Takich sarkazmów przez pierwsze dwa tygodnie doznała więcej. Stara się je analizować na bieżąco, by wywnioskować lub chociaż wygdybać, nawet po czynach, co autor miał na myśli. Tu, gromadka widocznie uważa ją za kogoś, kto broni obciachu. Czyli spalona, bo pewnie nudziara bez zainteresowań. "Jakby nie to, to by znaleźli coś innego" – uznała Alzacja i posmutniała zmartwiona. –"Ale żeby szkarłatne litery za osobowość?" – przewinęło jej się przez myśli, nieco poprawiając humor. – "Najwyraźniej mają mocniej ode mnie nagrzane pod kopułą".

(cdn...)

niedziela, 13 grudnia 2015

Poderwanie do lotu - część 1




Poderwanie do lotu

      Młoda kobieta poczuła nagle, że styknęły się opuszki palców jej lewej dłoni. Siedziała nieruchomo wpatrzona w monitor komputera, i ten moment poczucia chropowatości linii papilarnych sprawił, że ocknęła się gwałtownie z bezruchu, w momencie gdy cieniutka i gładka powierzchnia prostokątnego plastiku ściskanego pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym, przyciągnięta została ziemią. Obrotem pochyliła głowę by na ciemnoniebieskim dywanie odszukać lądowiska swojego dowodu osobistego. Szybko wypatrzyła go pod fotelem, podniosła i położyła na biurku.Nieprzypadkowo zmusiła się do wyjęcia go z portfela, musiała bowiem wypełnić umowę tu, którą przed momentem dostała. Do zrobienia na już.
      Ponieważ pamięć u niej najczęściej bardzo kiepsko radziła sobie z magazynowaniem zbiorów rozmaitych cyfr, wolała przezornie spisać odpowiednie informacje z dokumentu. Jeszcze pozostaje wpisanie daty. I jakiś przebłysk: tydzień trzeci tu pracowała, za tym biurkiem i w zasadzie, to miejsce jeszcze byłoby w porządku, gdyby troszkę zmienić atmosferę na bardziej otwartą. I, by niewiedza spotykała się klarownym wyjaśnieniem, miast piętnowania i czyhania na każde najmniejsze potknięcie. A wie, że rypnie w życiu nie raz, nie dwa. Taką słabość pojedynczy wróg albo inny chichotek przegapi, ale gdy "wroga", ewentualnie takiego "chichotka" tworzy już grupa, to tylko czekać aż zwęszy moment by rozszarpać, wypadając z każdej strony. Tak o, dla draki i dobrej zabawy.
      Więc, gdy zmagamy się z szambem w życiu, oni wzmacniają się w kupie siły. Od ilości narcyzów w grupie, bywa że robią się z czasem bardzo zuchwali, nieraz aż do granic wulgarności. Kiedy w końcu zwęszą moment, to jak zawsze zaatakują chmarą, zapominając o byciu jednostką; poddani karykaturalnemu wpływowi uczestniczenia w grupie, ulegają jego psychicznemu rygorowi. Oddają się na wpływ egoistycznych będącym tworem, z obawy przed myśleniem w pojedynkę i ze strachu, przed samotnym zmaganiem się ze światem.
      W takich około-grupowych zgrzytach charakterów nieraz rodzą się nieraz różne odmiany nieobliczalności; pod wpływem grupy,ogromna większość osób zrobi wszystko, co podparte będzie naciskiem reszty, w efekcie spełniając zachcianki pozostałych. Tyle dobrze, że w życiu różne rzeczy, nie zawsze tak samo, na nas oddziałują. Dla tej kobiety za biurkiem zaś jednym z największych problemów było niedopasowanie społeczne i brak inicjatywy do uczestnictwa w wyścigu zalatującym wyborem o miano "mistera lub miss pajaców"
     Jak prawie zawsze i wszędzie, także i tu zasady dynamiki grupy dawały popalić, a tu kolejny ich owoc. Po wyrośnięciu, dojrzewa kolejne grono, wypracowując priorytety przez jednostki, które przez większość czasu koncentrowały się na próbach umocnienia pozycji w grupie, niż na pracy na rzecz grupy.
Zazwyczaj takie rzeczy robi się kosztem innych, w efekcie czego, w tej grupie "wybijanie się przed szereg" postrzegalne jest lub utrwala się niczym zachowanie bliskie nagłego atakowi obłędu. Najbardziej natomiast zapunktuje naśladownictwo cech i zachowań, jakimi wyróżniał się aktualny przywódca. Udaje im się od czasu do czasu zrobić niezły cyrk w postaci zabawnego stada małpujących się wzajemnie homo sapiens.
     Dziewczyna, rozbawiona sugestią wizualna wyobraźni, wypełniała już ostatnie rubryki umowy. Gdy skończyła, spojrzała na swój dowód. Pomyślała, że mogłoby być fajnie, gdyby na tej powierzchni plastiku upchać jeszcze informacje zainteresowaniach i hobby danego delikwenta. Mogłyby być, jak każde inne z resztą pierdoły tego typu Albo dajmy na to, największe osiągnięcie życiowe w momencie przed wydaniem dowodu. Niewiele by było na świecie tak ozdobionych dowodów, na skutek czego stwierdziła że daremnie myśli o pierdołach, zastanowiła się jaki jest sen w ciągłym chowaniu się. Pewne rzeczy, nieraz emocje i uczucia, przychodzą we wspomnieniach nieraz pod wpływem błahej rzeczy, głupstwa. Jakiś napis na samochodzie, słowa śpiewanej reklamy, postać z kreskówki staje się symbolem przywoływanych wspomnień odnośnie doświadczeń rozmaitych, choćby w postaci napisu na drugiej stronie dowodu.
     Postanowiła zawrócić z tych meandrów od-neuronowych, ale wyobraziła sobie jeszcze jak to rozwiązać z technicznego punktu widzenia: przy wyrabianiu dowodu w urzędzie powinna być opcjonalna możliwość nadruku różnych sentencji. Stanowiłaby osobną rubryczkę na kwestionariuszu osobowym, którą dobrowolnie można wypełnić numerem z katalogu, będącego zbiorem możliwych zdań do wykorzystania.
     Dziewczyna przysunęła fotel bliżej biurka i odwróciła plastikową kartę na drugą stronę, zawierającą najważniejsze informacje o właścicielce. Momentalnie znów poczuła coś hałasujące po myślach, jak i narzucające się na pamięć pewne specyficzne stany emocjonalne. Ta pierwsza informacja, zawarta na tym dokumencie, jest niczym pieczęć wyroku skazującego na wleczenie się z nią przez życie, oraz na grzywnę bytu pod ciężarem jednego słowa Na tyle jednak ważnego, że z jego powodu Alzacja jakoś nigdy nie przepadała, za informację znajdującą się pod jakimkolwiek zdjęciem.
"Pokutą za jakie grzechy rodzice nadali mi to imię?" - odcienie tej myśli mogłyby być liczone już chyba w milionach. Jego unikatowość zawsze generowała konflikty, z którymi to dwudziestokilkuletnia kobieta po prostu sobie nie radziła najlepiej.
      "Czemu ty pannico zawsze robisz nie tak, prawie wszystko. I co ci daje to prawie wszystko, gdy zawsze jest nie tak" - zdarzało jej się powtarzać z myślach w takich sytuacjach gdy odczuwała niepewność. Często też przeklinała swoje poszczególne wybory życiowe, gdy ich konsekwencje odwiedzały myśli. Szczególnie w momencie podawaniu daty rozpoczęcia... "czegoś-tam, cholera jasna!"
"Szlag, mogą płynąć w kilku strumieniach, ale takie stado zawsze wszystko zaleje. Czemu ten dzień się jeszcze nie kończy? Czemu jestem w matriksie i wydaje mi się, że Wachowscy zapomnieli wyłączyć to durne, zwolnione tempo co rozwleka mi dni stylem walca, użytego do wałkowania ciasta?"
      "Zdaję sobie sprawę, że pieszczotliwie mówiąc czasami nie jest najlepiej" – toczyła niezależną narrację w myślach, segregując dokumenty. – "Jak dziś dla przykładu. Potem takie humorki pracowe oddziaływają na nastroje życiowe. Eh, i jeszcze sprecyzować nie umiem wszystkiego, nowa terminologia. Wprawdzie trudno powiedzieć że był tylko tak do końca zły, przemięknięty złem, piekłowaty z pochodzenia. w porównaniu. Przecież wszystko ma swoją skalę. I weź tu balansuj, pannico i pamiętaj o wszystkim, ale tyle tego że szału można dostać. Na szczęście człowiek, tu zaczynają się tematy trudniejsze do wyjaśnienia, potrafi jeszcze nadrabiać intuicją mechaniczną. I buja się wtedy jak pijany idący po ruchomym pokładzie statku, zmuszony manewrować między ludźmi, niosąc szklankę wody by przejść do stolika na samym końcu pomieszczenia, w środku rozbawionej imprezy techno".
      - W sali tonącego Titanica, tak by nie uronić ani kropelki - powiedziała na głos w kącie rozległego biura i szybko zakryła usta. Po chwili zaczęła dyskretnie się rozglądać, czy przypadkiem ktoś jej nie usłyszał, lekko zdezorientowana.

(cdn....)

sobota, 12 grudnia 2015

Kocia kołyska plecionych myśli




*  *  *

Coraz dalej, pogłębia się.
Wystarczy tylko
zwinąć w kłębek
- myśli -
jak urwaną nitkę.
I może
odpowiedź
sama się przyśni?

Albo rzucić całkiem do tyłu,
i niech licho w lesie
- wiatr grający na drzewach
nienastrojoną harfą,
i chmurami szarego pyłu -
gdzieś w diabły poniesie.

Trudniej
zwinąć w kulkę wełnianą,
załatać nią dziurę w płocie,
albo uszyć sweter
i chodzić w nim na co dzień.

wtorek, 1 grudnia 2015

W rytmie procesów odtwórczych





W rytmie procesów odtwórczych

     Usadowiłem się w niezbyt wygodnej ławce i począłem oczekiwać na moment rozpoczęcia rozprawy. Oskarżony już był. Sędziego jeszcze nie było. Na sali panował szum, jakiś policjant próbował wszystkich uciszać i szczerze mówiąc, nie za bardzo mu to wychodziło. Sędziego wciąż nie było.
- Co tym razem? - spytałem starszego pana w kapeluszu i płaszczu, który zajęty był zginaniem jednej kartki papieru na sto sposobów.
- Oskarżają budzik o to, że się spóźnił - odparł. Rozejrzałem się po sali. Sędziego wciąż nie było.
- Co następnie? - dalej drążyłem temat. Mężczyzna zmarszczył brwi.
- Będą sądzić z paragrafu dwudziestego trzeciego kilka osób.
- Co to za paragraf?
-  Mają go na takich, na których nic nie mają - mężczyzna ściszył ton głosu -  Wiesz, tak żeby zawsze coś mieć - wyjaśnił, ale mnie to nie przekonywało. Tak w ogóle, to chyba nie wiedziałem o czym mówi.
     Nagle na salę wpadł skład sędziowski, niczym banda muszkieterów. Zatrzepotali pelerynami i zaczęli przeciskać się na swoje fotele w ciasnym sektorze ław. Zasiadają i zaraz każdy poprawia łańcuchy. Przypominają na jakie licho tyle zamieszania i już zaczyna się przesłuchiwanie świadków. Grzebią w księgach, zerkają po świstkach i już wyrok jest gotowy: budzik dostał zawieszenie w prawie wykonywania zawodu. Wychodząc z sali brzdękał coś o tym, że w takim razie w końcu znajdzie czas by wreszcie w spokoju poczytać Prousta.
     Sędziowie tymczasem debatują nad kwestią możliwości istnienia przepisów prawnych na planecie, której jeszcze nie odkryto. Odkryta, nieodkryta - porządek w papirologii komplikowany biurokracją zawsze w tym samym pakiecie. Taka już ich rola, być przygotowanym na wiele okoliczności, a wydawanie wyroków i określanie wszystkich ewentualności to dla nich codzienność. Tkwią więc w tej rutynie, decydującej o życiu innych. Czy taki sędzia nie może się zapomnieć? Popełnić błąd, tak po ludzku? Może oni tylko na zewnątrz muszą tych batmanów udawać tylko dlatego, że taka konwencja. A w środku przecież dusi się człowiek, pewnie z jakąś wrażliwością, poza którą wyjść nie może, bo przecież - kurna - taka konwencja. I mimo tego, potrzebny jednak jest ten automatyczny bieg spraw. Rytuał procesu, jak mało który, jednak wpływa na życiorysy. Czy oni w tych togach wyrokują, starając tylko trzymać się wytycznych i być jak najmniej człowiekiem? Mi plączą się myśli, a na salę wprowadzają kolejnych oskarżonych. W końcu zatrzymało się na jednej kobiecie.
- Przez tą wiedźmę susza była tego roku - oskarżał akurat Sołtys jakiejś małej wsi. Oskarżycielem posiłkowym był lokalny właściciel restauracji. Próbowali za pomocą tabelek w Excelu i wykresów udowodnić, że wpływ na suszę w tym roku wiedźma miała w sześćdziesięciu siedmiu procentach. Dwadzieścia trzy procenty, według lokalnych szamanów, spowodowane były rechotem żab.
- Dajcie mi jakąś kawkę - zawołał sędzia do ochroniarza w trakcie odczytywania aktu oskarżenia. Mężczyzna zniknął za drzwiami i zaraz wrócił z małą czarną
- Weźcie mi wyślijcie jeszcze totka na dziś - burknął sędzia. -  Tam, na stoliku w kącie sali macie wypełnione kupony - dodał stanowczym tonem głosu i młotkiem wskazał blankiety. Ochroniarz podszedł, i po raz kolejny pomiędzy świstkami szukał, czy może sędzia nie położył pieniędzy. Chciał machać rękami, oznajmić jakoś że nie ma, sędzia spojrzał spod okularów
- Potem się rozliczymy - powiedział surowo i zerknął w akta. - Co my tu mamy? A tak! - powiedział i odchrząknął. - Czy oskarżona przyznaje się do czarowania poza terenem do tego wyznaczonym i spowodowania suszy, a więc spowodowanie znacznych szkód materialnych poprzez stosowanie zaklęć i magii, za pomocą tzw. "czarów śmieciowych"?
- Przeca powódź w tym roku była - odparła kobieta.
- O psia mać, mocną ma linię obrony - szepnął posiłkowy drugiemu oskarżycielowi, siedzący naprzeciwko.
- Ile razy oskarżona użyła czaru "czary-mary-zlecenie"? - zapytał Sołtys. Kobieta zamyśliła się.
- Siedemnaście - opowiedziała.
- A ile razy oskarżona użyła czaru "abrakadabra na czas nieokreślony"? - zapytał tym razem sędzia, po prawdzie bardziej z ciekawości nad faktem, jak często w jego jurysdykcji naginane jest prawe.
- Tak zasadniczo, to ja jestem z tych co wolą "dzieło-hokus-pokus", jako frazę która zawiera o wiele więcej kontekstów zasadniczo intuicyjnych; używałam jej z dziesięć razy - zeznała zgodnie ze stanem faktycznym.
- Rozumiem - powiedział sędzia i zapisał coś w papierach. Po chwili podniósł głowę  z gotowym wyrokiem:
- Za nie zaprzestanie używania czarów "czary-mary-zlecenie", oskarżona na śmierć czarownica, za niską szkodliwość czynu zostaje ułaskawiona i skazana na karę grzywny w wysokości siedmiu dukatów; natomiast za zaklęcia o dzieło-hokus-pokus z VAT, grzywna wynosi dwa dukatów - sędzia po ogłoszeniu tego wyroku w końcu mógł napić się kawki. Jego decyzja spowodowała, że oskarżyciele podskoczyli radośnie
- Tak blisko gilotyny jeszcze nie byliśmy - gratulowali sobie wzajemnie rozradowani.
     Właśnie trwała przerwa na pucowanie orzełków, większość publiczności opuściła salę. Ja zaś dochodzę do wniosków, że oni sądzą za pomocą książki, którą oceniają po okładce, albo sprawiają wrażenie że wszystko mają pod kontrolą, a tak naprawdę próbują to jakoś ogarniać. W ten oto sposób mijał im kolejny dzień, jak codziennie zresztą. Tylko ja, po drugiej stronie, jakoś inaczej to widziałem.

sobota, 28 listopada 2015

Happening dla zabicia czasu (część 4/4)



- To działajcie - odezwał się Anders -  Ja muszę już lecieć, bo wybieramy z chłopakami na grilla do Niemców. Powodzenia - pożegnał się Anders. Antoni poruszył anteną, na moment poprawiając odbiór
- To pa. - pożegnał się. - Przywieź mi jakieś muszelki.- zdążył jeszcze powiedzieć.nim Kineskop Łucznika wygasł. Antek szturchnął Tadka i spojrzał złowrogo..
- Musiałeś posłać radiotelegram do biuletynu informacyjnego, nie mogłeś poczekać na mnie? - zapytał z wyrzutem.
- No tak...ale to i tak na nic da, bo ruscy blokują biuletyn wysyłając stacjami numerycznymi karykatury Hitlera - Generał Tadeusz próbował się tłumaczyć, ale Antek i tak był zły.Pochwycił zatem z talerza i zjadł trzy żołnierzyki, które popił herbatą. Tadek udał że wcale się nie martwi o jego wątrobę.
- Włącz radio, posłuchamy co z satelity nadają - zaproponował po dłuższej chwili zadumy. Generał o pseudonimie Monter podszedł do radia i przekręcił gałkę. Odezwał się głos spikera:
- W dzisiejszej sondzie podziemnej: 30% ankietowanych uważa że Hitler powinien zgolić wąsy. 40% uważa że dobrze jest jak jest. Reszta nie wiedziała, że Hitler posiada wąsa. - Spiker przerwał na chwilę. - Informacje z kraju: czy wyroki sądów podziemnych nie są zbyt srogie? Nagraliśmy grupę volksdeutschów, narzekających przy piwie w knajpie "Eine Gutte Deutche Pumpernikiel" na życie w strachu ciągłym, obawami związanymi z wyjściem na miasto. Nie mają lekko, często są rozpoznawalni. Noszą kapelusze z piórkiem i łatwo są wyławiani przez agresorów różnej maści, niejednokrotnie bywają poniżani a często policzkowani i bici - nastąpiła pauza po której z głośników rozległ się śpiew pijanych Niemców.
- Czy nasze sądy aby nie przesadzają? - znów odzywa się spiker - posłowie Unii Zjednoczenia Europy komentują całą sprawę jako wyraz ksenofobii i uprzedzeń i składają sprawę do rozpatrzenia w Trybunale w Strasburgu z tymczasową siedzibą w Skagastrond na Islandii.
Antoni wyłączył radio. Stanął obok szafki z książkami i zamyślił się.
- Myślę, że - zaczął powoli - Hitler w sumie to z wąsikiem lepiej, ale jakby się jeszcze czesał się na prawą stronę.
Tadeusza wstrząsnęła jego uwaga.
- To może lepiej odwołać? - zapytał skonfundowany. - Chłopaki wiedzą, jak z luf karabinów pospawać całkiem niezłe rowery - powiedział.
Antoni zadumał się na chwili, sięgnął do kieszeni i wyciągnął monetę.
- To proponujesz odwołać działania, i skupiamy marketing na wycieczce rowerowej wzdłuż Wisły, szlakiem Bismarcka? - zapytał i ścisnął pieniądz w dłoni.
- Żadnego Bismarcka, a byłą Aleją Piłsudskiego - poprawność patriotyczna Tadeusza potrafiła nie raz dawać się we znaki współrozmówcom pokroju Antoniego.
- Co za różnica, jak i tak za kilka lat będzie Bulwar Lenina - Antoni postanowił nie zawracać sobie głowy głupotami - To jest nasz problem, pomidorowi tak szybko nie odpuszczą.
- Jaki to problem? - zapytał Tadziu zdziwiony - Wiecznie siedzieć nie będą - powiedział i spojrzał na przeciwległy brzeg Wisły.
- Będą, nie będą, trzeba będzie cudu, żeby wrócić pamięć o Józku. Poczciwy był chłop i gdyby żył teraz, wiedziałby, co trzeba zrobić. Biedak pewnie się teraz w grobie przewraca.
- Tyle dobrze, że Lenina zabalsamowali i włożyli pod klosz - zauważył słusznie Antoni. - Jemu los wiercenia się w trumnie przynajmniej nie grozi.
Tadeusz podrapał się po głowie rozkojarzony.
- Jak pomidorowi już do nas wejdą, to zrobią nam taką reformę, że zapomnimy jak się nazywamy - powiedział. Antoś pokręcił głową.
- Jak nie Pomidorowi, to Niemcy - odparł zdenerwowany.
- To co robimy? Działamy, czy robimy wypad rowerowy? - zapytał Tadeusz. Antoś spojrzał na monetę trzymaną w dłoni.
- Orzeł czy reszka? - zapytał.
- No, reszka - mruknął Tadeusz, analizujący w myślach wyniki sondaży.
Generał Chruściel podrzucił monetę, która wylądowała na stole z gracją, którą dopiero za trzynaście lat powtórzy wielka konserwa pomidorowych: Sputnik. Tadek zerknął numizmatycznym okiem.
- Kurwa, orzeł. - Oznajmił zaskoczony.
Antoni nic nie mówił. Podszedł do szafy i wyciągnął spore pudło. W środku znajdowały się balony. Wyciągnął jeden zestaw i podał koledze.
- Masz, dmuchaj. Z gołębiami nam nie wyszło, to spróbujemy inaczej. Przyczepimy granaty do balonów - zaproponował. - Zaraz powiem i czterdzieści tysięcy ludzi też będzie dmuchać.
Tadek był mocno poirytowany całą tą sytuacją. W powietrzu pojawiły się ruskie komary, a jego najbardziej wkurzało, że musi dmuchać tu jakieś cholerne balony. Tymczasem, taki Anders, buja się teraz z niedźwiedziem ciężarówką po Saharze i pewnie już go uczy palić cygara. Pomyślał, że gorzej już być nie może.

Happening dla zabicia czasu (część 3/4)




- Mam! - Tadeusz nagle ożywił się, niemalże podskakując w euforii - Mam pomysł, jak można to zrobić inaczej! - zrobił długą pauzę - Zorganizujemy happening!
- Chyba na łeb upadłeś i dupą na jeża. Nie wyjdzie jak zawsze - Antoś nie krył szczypty sceptycyzmu - chyba nie analizowałeś naszych wyników i sondaży za ostatnie 200 lat. - podsumował.
- Uda się, jeśli damy fory Niemcom - zaproponował nieśmiało współrozmówca.
- Jak to?
- Grają na wyjeździe. Po prostu zagramy w podstawowym składzie.
- Czyli że?
- Rudy do Garażu, Szarik do Budy, Klossa wyślemy na truskawki do Włoch a Cieślakowi zabronimy używania krótkofalówki i ogolimy go na łyso, tak dla picu. Zresztą - zaproponował generał i machnął bezwładnie ręką, jakby zmęczony życiem - niech się to wszystko zjara. Najwyżej zostaniemy cesarzami.
Antoś nie pojmował przez chwilę, ale po chwili się zaśmiał. Podniósł cygaro i sztachnął się nim, wygodnie rozkładając nogi na pufie przed kanapą.
- Neron to był gość - powiedział rozmarzony.
- Antosiu! Proszę cię - Tadeusz odezwał się błagalnie - Tylko nic z Sienkiewicza, bo mnie szlag trafi nim Niemcy zaczną strzelać.
Monter spuścił wzrok, po chwili jednak się zerwał.
- Która godzina? Anders czeka na przekazie areoskopowym! - krzyknął, podszedł do półki i zdjąć z niej grubą, skórzaną tekę. Wyciągnął z niej przenośne lampowe liczydło marki "Łucznik". Wysunął z obudowy małą antenkę, naślinił palca i potarł. Wstukał coś na klawiaturze i rozległ się sygnał oznajmujący nawiązanie połączenie z radiotelegrafem. Na kineskopowym ekranie pojawił się niewyraźny obraz generała w jakimś namiocie. Na początku zupełnie nieczytelny obraz robił się coraz bardziej wyraźny.
- Siemasz Władziu, jaka tam pogoda we Włoszech? - zapytał Bór.- pływałeś już w morzu?
- No witam, witam - rozległ się głos z głośnika - Tu straszny skwar - mówił dalej Naczelny Wódz - Szkopy robią grilla na górce, widzimy jak dymią i zaraz do nich wpadniemy. A jak tam u was?
- U nas też pełno szkopów - błysnął Antoni - Są hałaśliwi i napuszczają na nas nawet komary.
Obraz zatrzeszczał, a głośnik zapiszczał i Łucznik znów nadawał bez zakłóceń.
- Na Goebbelsa jeszcze jakoś dało radę. Dodrukowało się parę gazet Niemcom i był luz - Odezwał się Władek i przybliżył do malutkiej lampy aeroskopowej nad kineskopem - Szkoda że dinozaury wyginęły, bo byśmy je wytresowali coby żarły Niemców.
- Trudno, co zrobić - w głosie Andersa pobrzmiewała wyrozumiałość - My z braku laku szkolimy niedźwiedzia.
- My szkolimy gołębie do szmuglowania granatów - Tadeusz wtrącił jakby dumny, chyba z powodu tego, że w końcu mógł się pochwalić swoją byłą hodowlą.
- I jak wam idzie? - Zapytał Władysław - Nasz niedźwiedź już chleje, a teraz uczymy go palić.
- My próbujemy tylko - zbagatelizował temat młodszy z generałów, Antoś - rozerwało kilka gołębi, połowa zaś spada zaraz po starcie i musimy szukać tych granatów w malinowym chruśniaku. Zarzucamy temat, bo dział marketingu spieprzył sprawę, a teraz umywa ręce.
- Nie dajcie się się zwieźć potencjalnym, krótkoterminowym perspektywom finansowym, bo na dłuższą metę prognozy nie są dobre. - Anders zniżył ton głosu - Zagraniczne holdingi trawią ludzi jak wieloryby plankton. To już niemieckie czołgi delikatniej się obchodzą z piaskiem pod gąsienicami.- Naczelny wódz przerwał i poprawił kołnierz.
- Musicie kiedyś koniecznie skorzystać z takiej wymiany zagranicznej, na której jestem. - powiedział- Fenomenalna sprawa i.szkoda, że was tu nie ma - z Łucznikowskiego głośnika marki "Radom" wydobył się czuły głos generała.
- My za trzy miesiące planujemy zrobienie jakiegoś flashmoba - Antoś jakby nagle przypomniał że może się czymś w końcu pochwalić.
- O jak super! - podekscytowany generał Anders zamachał pagonami - A co będziecie robić?
- Jeszcze nie wiemy - Powiedział srogo Tadeusz, zły że Antek znowu go uprzedził z podzieleniem się newsa. - Mamy tylko ustaloną godzinę, ale na pewno coś fajnego wymyślimy - dodał szybko, wyjął z butonierki Obwoźny Aparat Komunikacyjny marki "Gruszka",  pokręcił korbką, i na malutkiej klawiaturce wystukał radiotelegram na swojej stronicy na biuletyn.pl. Treść była następująca: "1 sierpnia, godzina 17. Organizujemy flashmoba, ktoś się pisze?".

(cdn)

Happening dla zabicia czasu (część 2/4)


-No i gdzie ci żołnierze? -zapytał zniecierpliwiony Tadzio pretensjonalnym tonem. Antoś kończył układanie jedzenia w stylu Art Deco, resztę ułożył niedbale. Z talerzem w ręku wszedł do pokoju.
- Chlebowe żołnierzyki dla mego kochanego - powiedział czule.
- Ceregiele na bok - surowo odparł Tadziu. - Jestem tu służbowo.
Antoś położył talerz na stole i zrobił maślane oczy, jakby mało go było na chlebie. Wylądował talerzem na stoliku i wrócił do kuchni po herbatę.
- Przestań już - Tadziu lekko się poirytował taką krzątaniną, co tylko zachęciło jego kolegę do odważniejszych igraszek. Położył kubki na stoliku i mocnym, męskim uściskiem chwycił gospodarz swego gościa za krocze.
- Na litość boską - Tadek zerwał się z fotela i z nerwów upuścił cygaro - Ty znowu z tą tolerancją ? Mówiłem, ja mam żonę i dzieci - warknął.
- W takim razie musisz bardzo tęsknić za silnymi męskimi ramionami - westchnął Antek urażony, chwycił kanapkowego żołnierzyka i zjadł go, po czym wulgarnie zaczął się oblizywać.
- Tęsknię za czym innym - Tadek koniecznie chciał sprowadzić rozmowę na inne tory - doskwiera mi obecny język urzędowy. Nawet etymolodzy ichni rozmawiając o swojej pracy brzmią dla mnie jak messerschmitty  - oznajmił, ciągle urażony niezasygnalizowanym zbliżeniem i naruszaniem układanego w gaciach przez dwanaście minut paktu Sikorski-Majtki, tak by jednoznacznie wskazywał opcję polityczną.
- Mało ambitny jesteś. - Antoś udał oburzonego. - I masz płytkie intencje - Powiedział teatralnie zginając dłoń w nadgarstku.
- Ale żenada - mruknął.
- Tobie dogodzić. Wiecznie jest coś co ci nie podoba - burknął na odczepnego Tadeusz obrażony i skrzyżował ręce, by jasno wyrazić swą dezaprobatę do dotychczasowych działań kolegi. Pomyślał, że w tej chwili nie czuje zbytniej więzi z kolegą; jakby jedyne co ich łączyło to odpowiedzialność za drobną decyzję odnośnie życia i śmierci ćwierci miliona osób zamieszkujących w wielkim mieście.
- Ja bym chciał, żeby były tęczowe frugo. - Zamyślił się i zniżył ton głosu by przypominał ton dziecka, beztrosko wyrażający zachcianki - Pomyśl że można by zbudować maszynę czasu, cofnąć się do przeszłości, porwać małego Hitlera i Stalina i tak potoczyć ich życiem, by wychować ich na gwiazdy slapsticku.. Żeby dolną połowę marsa pomalować na biało, to też bym chciał. Żeby każdy Krakowianin dostał hulajnogę za darmo...
Na ten pomysł Tadeusz, pijący herbatę z kubka, zareagował ostro, zamanifestował to gdy wypluł łyk herbaty wprost na dywan wydarty z namiotu Kara Mustafy przez samego Sobieskiego pod Wiedniem.
- Hulajnogi za darmo? - zapytał retorycznie. - Tobie chyba niemieckie zrzuty z lewymi butami na łeb spadły zamiast pod Stalingradem - skomentował i ponowił próbę napicia się herbaty.
Przyłożył do ust kubek, który kupił kiedyś na wycieczce w Częstochowie; był to solidny kawał porcelany, opatrzony dużym napisem: "I love Pius XII". Pod nim umieszczony był symbol mercedesa lub pacyfka - kiepska jakość wydruku uniemożliwiała precyzyjne rozróżnienie. Antoś niespodziewanie uśmiechał się.
- Potem łatwiej będzie można wcisnąć Warszawiakom  te popsute skutery - zaśmiał się - Krakowiakom tatar wyjdzie bokiem, i z żalu puści klej trzymający szopki - zamyślił się Antek doprecyzowując cały plan - I tylko czekać jak lajkonik z tego swojego figlarstwa wywinie fikoła.
- Tyle zachodu żeby alejki w Sopocie były zarzygane? - zamyślił się generał Bór-Komorowski.
- Lepiej włożyć trochę zachodu, bo inaczej samo ze wschodu przyjdzie - oznajmił, wykazując się sprawną umiejętnością pojmowania polityki. Od dłuższego czasu trapiła go sprawa zapchanych magazynów, pełnych zepsutych skuterów i hulajnóg, przysłanych w ramach projektu pod tytułem: "Alianckie wsparcie  w postaci ciężkiego sprzętu wojennego dla Polski". Starszy mężczyzna poprawił czarny beret i zakręcił globusem stojącym obok jego fotela.
- Tak, ale nie zapominaj że nasz plan po realizacji może utrudnić poruszanie się po ulicy skuterem - stwierdził trzeźwo Antoś obserwując obroty kuli. Poczuł, że od tego zakręciło mu się w głowie. Poszedł więc do barku i nalał sobie solidną szklanice bimbru. Dostał ją dawno, przed wojną, w czasach gdy na ruskich wołano jeszcze pieszczotliwie i zdrobniale "łobuzami", i zanim urządzali głośne, huczne imprezy w kilku miejscowych lasach, które sami Niemcy nazwali "sztywnymi". Było to na krótko nim w pewnych kręgach przypisano im nową nazwę: "pomidorowych" – byli jak zupa: czerwoni i mocno popieprzeni.
- Myślisz, że będą utrudnienia na drogach po realizacji naszego działania marketingowego? - zapytał nieśmiało Tadek. Antoni wyciągał z kieszeni Obwoźny Aparat Komunikacyjny marki "Gruszka" na długim łańcuszku, po czym zerknął na ostatnie wiadomości.
- Na Kuryeru24 informują - odezwał się wpatrzony w miniaturowy kineskop - że ciężko będzie dojechać na drugą stronę miasta za rzekę.
Jego kolega nic nie kumał a na domiar złego, zaczął czuć nieprzyjemny zapach, który drażnił go po oczach i powodował że pociekły mu łzy. Antoś wzruszył się myśląc, że ciężki los kierowców poruszył kolegę, którego poklepał po plecach.
- Nie będzie źle, nie martw się. - powiedział spokojnie - Baraki główne obiecują nowy sprzęt do garażu: dwie wołgi, które przerobimy na gaz. Dospawamy do nich armaty i będą jak "Rudy 102"  - mówił, jakby to było prostsze od zrzucenia samolotem broni i sprzętu do miasta z obszaru oddalonego o kilkadziesiąt, może kilkaset kilometrów.
- Amerykanie ściemniają na okrągło - zasmucił się Antoś. - Raz nam tylko coś dali, a tak to nie można im ufać. - Uznał mężczyzna. Jego kolega zmarszczył brwi.
- Co nam dali Amerykanie, bo nie kojarzę? - zapytał.
Antoś zjadł kolejnego kanapkowego kwadratowego żołnierzyka, przełykając przerwał łkanie i wydukał:
- Jak to co nam dali? Obietnice, że dostaniemy wizy - powiedział. - Dzięki temu ciągle wierzymy w "American Dream" a wycieczka do Disneylandu  jeszcze jest synonimem utopii. Ale dla mnie to lekki obciach - pozwolił sobie wyrazić swoją opinię - Powiedz mi, skoro tyle im zawdzięczamy, to jaki oni mają powód by dawać nam te Wołgi?
- W sumie masz rację. Żaden - zadumał się Tadziu. - A Rosjanie obiecują czerwonego trabanta i trzy litry paliwa za każdą piątkę martwych kapitalistów - przypomniał poprzednią depeszę od Stalina. - Skąd ja im tylu wezmę. Połowa polaków wie tyle o ekonomii, że prędzej byś zobaczył Lenina ujeżdżającego krowę, niż rodaka który wie na czym polega fundusz inwestycyjny i zna aktualne tendencje kursu jena.
- To prawda - posmutniał Antoś. - Nasi za mało wiedzą o trendach rynkowych. Tylu gmin maklerskich było w sąsiedztwie, i żaden nie dopytał.
Tadeusz bezwiednie wzruszył ramionami.
- Chyba trzeba będzie inaczej do zagadnienia podejść - powiedział zamyślił się. Antoś zapatrzył się na kubek i zastanawiał, czy następca Piusa Dwunastego dobrze będzie się czuł z pechową liczbą przy swoim imieniu.
- Mam! - Tadeusz nagle ożywił się, niemalże podskakując w euforii - Mam pomysł, jak można to zrobić inaczej!

(cdn)

sobota, 21 listopada 2015

Happening dla zabicia czasu (część 1/4)




Happening dla zabicia czasu

Niemcy dudnili nieprawdopodobnie długim i miarowym krokiem po całym mieście, uradowani z frajdy jaką daje bycie najeźdźcą. Akurat przechodzili z butami koło okna mieszkania, w którym dwaj mili panowie w dystyngowanych mundurach snuli pogawędki, a dla zabicia czasu robili kanapki. W pokoju gościnnym siedział Tadeusz, a w kuchni krzątał się Antoni.
- Słuchaj Tadziu, abstrahując już od faktu iż Stalin odgrażał się że nam zrobi z dupy kolorowe jarmarki a zamiast ryja będziemy mieć koguciki na druciku, inny problem jest - podjął temat Antoś krojąc pomidora.
- Jaki mianowicie? - Tadeusz rozsiadł się na kanapie i zapalił cygaro, złośliwie kiepując do paprotki. Wypuszczał dym strojąc różnie dziwaczne miny, co bardzo denerwowało papugę gospodarza.
- No bo - Antoś myślał jak ubrać nagie myśli w słowa - No bo ... byłem w Sopocie dziś nad ranem i chodniki nie były zarzygane.
- Czyli, że co mianowicie jest istotą twojej wypowiedzi? - Tadeusz nie rozumiał, czy kolega mu tu czasem czegoś złośliwego nie insynuuje więc rozejrzał się przezornie po bokach.
- Porządek jest - w tonie głosu Antosia pobrzmiewało oburzenie - Ordnung, bezczelny niemiecki.
- No tak - przytaknął drugi mężczyzna - A nie powinno być?
- Już nie pamiętasz co śpiewał Kazik u cioci na imieninach? - zapytał - Trzeba podjąć działania marketingowe mające na celu zmianę tendencji rynkowych. Poprzez działania black marketingu i z pomocą spółek joint venture oraz najemników łasych na udziały w konsorcjum możemy podbić giełdy miejscowe i zagraniczne. Rynkową bessę trzeba pokonać i podzielić jej skórę, wtedy hossa nas odwiedzi.
Tadeusz Bór- Komorowski zbaraniał. Nigdy nie lubił tej korporacyjnej nowomowy i unikał ją, niczym jego małpowaci praprzodkowie tygrysa szablozębnego.
- Mów do mnie po polsku - rzekł stanowczo - Za często obracasz się między cichociemnymi, i za bardzo próbujesz być jednym z nich - pozwolił sobie na szczerość. - Im się w dupach poprzewracało od tych anglicyzmów. A jak chcesz gości zaprosić, to mnie uprzedź. Umyję za wczasy podłogę i odkurzę żyrandole.
Antoś poczuł się dotknięty tą uwagą, na jego twarzy zagościła mina kwaśna jak ogórek którego plasterki nakładał teraz na kanapki. Bór wypuścił poprzednią wypowiedź w niebyt, głośno sapiąc. Parsknął krótko a następnie zacharczał aż poczuł flegmę na języku. Nie mając gdzie splunąć, przełknął i popił herbatą.
- Musimy Tadziu coś zrobić - wyjaśnił biznes plan - i to takie coś zrobić, żeby chodniki w Sopocie nad ranem znowu bywały zarzygane, a nie jak do tej pory... kto to widział żeby lśniły jak jajca psa znudzonego pucybuta. Musisz zebrać konkretny "team" i zrobić trochę spekulacji na rynku wąsików, coby wiedzieli że długoterminowe pożyczki i tak muszą zostać spłacone
Antoś kroił kanapki na małe kwadraciki. Z miny można było wywnioskować, iż zdawał się rozumieć puentę idei.
- Z chłopakami będzie problem – Antoni wstrzymał ruchy nożem i spojrzał na kolegę - Miecz i pług urządza imprezę na biuletyn.pl, wrzucili informacje że chcą "zmienić tytuł powieści Sienkiewicza na mniej inwazyjny. Sugerują "Mieczem i Pługiem". Chcą też wprowadzenia drugoplanowego bohatera, imigranta powracającego po latach z USA do ojczyzny. I konkurs na najlepszą karykaturę hasła "Święty spokój w Trzeciej Rzeszy". Nawet bataliony chłopskie obiecały pomóc, pod warunkiem zapewnienia im możliwość organizacji akcji informacyjnej i sposobności rozdania kilka folderów, które teraz drukują w ciemnych piwnicach. Może być ciężko zebrać jakąś ekipę - wyjaśnił istotę sprawy blokującej dalsze działania. Tadzia takie wyjaśnienie nie zrażało.
- Z Sienkiewiczem im nie przejdzie. Ostatnio jacyś wariaci próbowali zmienić "Pana Tadeusza" na "Panią Romualdę", i też nie przeszło.
- Ja myślę że im się uda, Miecz i Pług w drodze kompromisu zrezygnował z postaci księdza który wymadla u Boga kule ogniste walące z nieba w Kozaków. Zamiast tego, pożrą ich piranie w trakcie corocznej kąpieli. Tak czy owak każdy oczekuje jakiejś imprezy, bo... - zamyślił się - ... mają rozdawać kapcie z wizerunkiem Karola Strassburgera i długopisy markowe sponsorowane przez producenta ołówków. Może się nie udać.
- Coś wymyślisz - sztachnął się cygarem po czym zapytał zniecierpliwiony:
-No i gdzie ci żołnierze?

(cdn)

sobota, 7 listopada 2015

Zakorzeniona dysfunkcja sprawności woli




Zakorzeniona dysfunkcja sprawności woli

Wiem że stoisz za ścianą, z szyderczym uśmiechem
(gdy na przykład akurat zapalam papierosa).
Chociaż nigdy cię nie widzę,
nawet na moment nie spuszczasz ze mnie ślepiów
(skazując na bezsenność krwią z nosa).
I wolisz ukryty w jakimś kącie kąsać mnie po trochu,
lub podgryzać, gdy na moment się zapomnę.

Czekasz, jak wąż, wiecznie nienasycony
na zerwanie kolejnego zakazanego jabłka, niewinnie.
Bo przecież tu nikt nigdy nie jest winny.
Wszak to pierwsi w raju rozpoczęli te zbiory,
a my tylko czerpiemy z ich owoców.

Słabościami wtedy karmimy je jak chlebem.
Czekają cierpliwie nieobecne, tuż za rogiem,
do czasu aż - gorzej jak niespodziewanie -
odbiorą nam wybór w codziennym rytuale.
Wtedy to już pohuśtane.

Taki gdy raz złapał, szybko nie puści.
Obiecując podróż w utęsknione miejsce,
uchyla drzwi by lęki do głowy wpuścić.
Ukradkiem zniewala prowadząc w próżnię.

Mąci byś zapomniał:
od urodzenia potrzeb mamy niewiele,
całą resztę tworzymy sobie później.


niedziela, 1 listopada 2015

Zamiast tego, wyjaśnię małą tejemnicę...




Za.miast.


miasto ostygło jak zaprawa murarska
i już nie pulsuje wewnątrz pętli koła
tramwajów co z kolei zagęszczają miast ruchu
ulice przytłaczają wagonami
indziej niezdeptane cieniem grają pomarańcze
na płytach co drugich chodnikowych

odpadły turbiny rytmu zebry
taktu żurawia manekiny na wystawach
nie przyciągają sylwetek jak klosze ćmy
tylko serwetki i winyle wiatrem spychane

za tablicami nazw i znakami drzemka
ciemnego choleryka co wystawia obrazy
o bezruchu w przewijanych klatkach latarń
w parkach świeżo mrugają malowane ławki

świt przyjdzie
rozetnie na pół ten świat
jak grejpfrut

sobota, 31 października 2015

Dziwny zwierz


Dziwny Zwierz

     Gniłem na trawniku nieopodal chodnika, do tego stopnia że praktycznie każdy się zatrzymywał by spojrzeć na te moje nienaturalnie białe zęby, na wpół wyżartą sierść, układ kostny i jego resztki. Kilka robaków ucięło sobie drzemkę na poczerniałym od słońca mięsie, znajdującego się już w stanie głębokiego rozkładu. Leżałem kilka metrów od klatki pod blokiem, z którego co jakiś czas wchodził jakiś człowiek, inny wychodził. Plątali się wkoło mnie a tu gdzie leżałem, nie rzucałem się raczej w oczy. Co jakiś czas tylko przykuwałem uwagę osób zbyt blisko przechodzących.
     Zdawałem sobie sprawę z tego że moja obecność tu nie pasuje, że powinienem był zostać w lesie, koło jeziora. Tu jedynie kumuluję pierwiastki chaosu i absurdu, niepokoju w szczegółowo uporządkowanym i zaplanowanym uniwersum blokowiska. Moja obecność wśród innych budziła zainteresowanie i przyciągała uwagę chyba dlatego, że pasowałem tu jak rzep przyczepiony do spodni dresiarza, idącego skacowanym krokiem do kiosku po szlugi.
     Ja miałem spokój, nic mnie już nie obchodziło. Ot, poleżeć trochę, a co będzie dalej, się zobaczy. Zaplątani wkoło mnie takim spokojem nie epatowali. W dziwny sposób znajdywałem się w podróży, wywołaną przez reakcję łańcuchową, rozpoczęte przez innych ludzi. Krążyłem to tu, to tam, raz gniłem w skwarze, raz robaki pożerały moje mięso w cieniu sosnowych drzewek, na których akurat pająki tkały prawie niewidoczne pajęczyny. Niemal każdy człowiek i co niektóry pies zastanawiał się czym byłem za życia, bo do niczego konkretnie nie byłem podobny. Niektórzy odwiedzający mnie czuli odrazę, inni dziwny niepokój związany z moją nienaturalną obecnością. Byli i tacy, którym przeszło przez myśl, że lepiej o mnie zapomnieć, przejść dalej a dzieciom na mój widok zasłaniać oczy.
     Moje jestestwo ewaporowało na szarym blokowisku, którego budynki jak kikuty wydzierały się z ziemi spalonej słońcem. Przyciągnęły mnie go tutaj Chłopaki z Bloku po tym jak to wybrali się na wycieczkę dookoła lasu, zgubili się w nim aż natknęli na mój korpus, gdzieś pod krzakiem przekwitłego bzu. Nie mogąc tego ogarnąć, rzeczywistości związanej z moją tam obecnością, jedyną reakcją na jaką ich było stać, to śmiech. Dziwnym byłem to Zwierzem. Wyglądałem jakby coś go zeżarło do połowy, nie ruszając kości; jakby coś mnie spaliło lub wyżarło jak kwas. Coś mnie też zjadało od środka.
     Sprawiałem wrażenie jakbym pochodził z lasu, chociaż ludzie myśleli, że licho wie gdzie on mieszkał, czy to w ogóle ziemskie stworzenie, czy nie przyleciało czasem na podbój ziemi, przegrało w leśnymi zwierzętami i dlatego tutaj leży martwe i przegrane, jak dziwki stojące za lasem przy autostradzie. Chłopaki z Bloku założyli na mnie worek, zasypali liśćmi żebym nie śmierdział w autobusie. Ruszyliśmy, z ich zamiarem podłożenia mnie Staremu Marianowi, lokalnemu zbieraczowi puszek, z którego okazyjnie darli łacha; ku swojej ogromnej satysfakcji i samopoczuciu. Celem było więc jego mieszkanie: bunkier nieopodal blokowiska.
    Zakopany w worku wydostałem się z lasu, szmuglowany w metalowej puszcze rozpędzanej silnikiem obsługiwanym przez spoconego, łysego kierowcę który słuchał cicho radio na jednym głośniku i pocił się od skwaru niemiłosiernie. Mijając pola i lasy, znalazłem się w mieście. Chłopaków z Bloku koło przystanku zauważyli Chłopaki z innego Bloku. Pogonili ich tak, że Ci upuścili worek, ze środka wysypały się liście,  
     Wylądowałem na chodniku koło przystanku. Dorwało się do mnie robactwo z pobliskiej kałuży i mrówki ze szpary pod rynną. Nieopodal usiadły dzieci, kilkoro ich było, znudzone grą w klasy i żuciem gumy, którą przyklejały pod przystankiem, zauważyły mnie na chodniku. Biegały dookoła i krzyczały wniebogłosy, co chwilę przerywając to zajęcie i przyglądając się. Zabrały w końcu mnie z tej ruchliwej ulicy do cienia, bym tam - na trawniku straszył przechodniów a smród rozsiewał po osiedlu pod oknami w porze obiadowej. Tym razem znów ktoś uznał że nie pasowałem do otoczenia, i starsze małżeństwo wracające z działkowych wykopków zatrzymało się, i przez chwile dumało nad moją egzystencją. Nie trwało to długo, wzięli mnie na łopatę po czym wrzucili do kubła ze śmieciami. Tam jeden szczur odgryzł mi resztę głowy, a karaluchy zajęły się resztką mięsa. Kości zostały rozrzucone.

piątek, 30 października 2015

Zawartość cukru w cukrze




Zajesienie kraju trwa. W miastach mgła szarości nadaje zaś lasami ciągną się zewnętrzne kolory tęczy. Ja natomiast piszę o pogodzie. To znaczy że na łeb upadłem, jednak takie chyba będzie najlepsze wprowadzenie, do tego co dalej: otwieram szufladę i wyskakuje układanka ze słówek. Dodałem do niej nieco nawozu, przyciąłem metafory, podlałem konteksty i oto co z niej wyrosło:



*  *  *

Krótkie Stany Melancholijne

Nie tak trudno dniem go dostrzec,
kątem oka, mgnienie refleksu promienia.
Odrzucony, przy drodze z kałuży,
rykoszetem. Odskakuje wgłąb cienia
by gałęzie z porannej rosy osuszyć.


W wodzie zaś, jak na ksero, odbity błękit.
Koralami mieniąc się, błyskiem uderza.
Suną po tafli chmury, co jak łabędzie
albo inne ptaki, targają piórami nieba obrzeża.
Woda promieniuje w rytm fali.
Usypia myśli. Zaprasza do utonięcia.

I raz mi się ciągle iść ze słońcem odechciało,
aż pewnego dnia, noc sobie znalazłem.
Wieczór pole nieba gwiazd ziarnami zasypał,
i mrugają wkoło. Lilie na łące rozsianie,
w końcu pogasły, pod kotarą co czernią otula.
Obłoki skłębione, dzień od nocy oddzielają.
Zastygam. Jak pomnik wykuty w marmurze,
wyczekuję ogłupiały.
I znów ruszam. Na oślep stopy stawiając.

Przez las znów brnę.
Niczym mysz zagubiona po ciemnej dziurze,
brodzę wypatrując wyrwy w mroku.
Jak najostrożniej, by nie zahaczyć o gałęzie,
w końcu koncertowo wpierdalam się w kałużę.

sobota, 24 października 2015

Wiecznie spóźnialski, czyli kto tak naprawdę odpalił BigBanga

Wiecznie spóźnialski, czyli kto tak naprawdę odpalił BigBanga


 – Kurwa mać! – zaklął Bóg, gdy tylko mnie zobaczył. Wcale nie był staruszkiem z długą, siwą brodą. Był nieco młodszy niż go sobie wyobrażałem, i dużo młodszy niż go malował Michał Anioł. Miał może dwanaście, maksymalnie trzynaście lat.
– Tego żem się nie spodziewał! – dodał gdy zdążył zmierzyć mnie wzrokiem.
Spojrzałem na siebie. Ubrany byłem w spodnie koloru brązowego i w czerwoną koszulkę.
– Czego się spodziewałeś? Parady z tej okazji? – wzruszyłem ramionami.
– Ale ty... ty... - Bóg podrapał się po głowie – ...ty tu nie powinieneś być. To jakiś...
– Cud?
– Nie, żart raczej.
– Irytujesz mnie. – krzyknąłem.
– A ty mnie! – zripostował głośno Bóg.
      Zamilkliśmy obaj. Patrząc sobie złowrogo w oczy, staliśmy w milczeniu. Nasz pojedynek na najbardziej przenikliwy wzrok trwał dosłownie chwilkę.
– Hej, jest tam kto? Wyciągnijcie mnie! – dobył się cichy głosik z dużej dziury nieopodal nas, którą to dopiero teraz zauważyłem.
Bóg, zajmując w pojedynku wzrokowym zaszczytne drugie miejsce, pobiegł zobaczyć skąd dobiegają głosy.
A pochodziły one z jakiejś jamy, nory, Bóg jeden....ekhm... cholera wie co to było.
Stanął przy wlocie, wzruszył ramionami i przykucnął, spoglądając w ciemną otchłań. Zaraz jednak pomógł wydostać się jakiemuś na oko sześcioletniemu dzieciakowi we flanelowej koszuli i obdartych spodniach.
– Kto to? – zapytał uratowany dzieciak, tuż po tym jak otrzepał się z kurzu i spojrzał nie mnie.
– Spóźnił się, i się ostał – odpowiedział mu Bóg.
– Jak to się spóźnił? – zapytał brunet.
– Też się zastanawiam... żeby się spóźnić na koniec świata? – Bóg znów podrapał się w czuprynę
– To co? – zaczął sześciolatek - zaczynamy od nowa? Teraz ty będziesz tym złym!– powiedział do Boga i uśmiechnął się szyderczo odsłaniając mleczne ubytki w zębach.
Po chwili dodał jeszcze:
– Ale to ja tym razem odpalę BingBanga.
      Stałem przez chwilę jak drewniany kołek w składzie gwoździ, po czym ruszyłem schować się z horyzont. Nie wzruszało mnie już nic.