sobota, 31 października 2015

Dziwny zwierz


Dziwny Zwierz

     Gniłem na trawniku nieopodal chodnika, do tego stopnia że praktycznie każdy się zatrzymywał by spojrzeć na te moje nienaturalnie białe zęby, na wpół wyżartą sierść, układ kostny i jego resztki. Kilka robaków ucięło sobie drzemkę na poczerniałym od słońca mięsie, znajdującego się już w stanie głębokiego rozkładu. Leżałem kilka metrów od klatki pod blokiem, z którego co jakiś czas wchodził jakiś człowiek, inny wychodził. Plątali się wkoło mnie a tu gdzie leżałem, nie rzucałem się raczej w oczy. Co jakiś czas tylko przykuwałem uwagę osób zbyt blisko przechodzących.
     Zdawałem sobie sprawę z tego że moja obecność tu nie pasuje, że powinienem był zostać w lesie, koło jeziora. Tu jedynie kumuluję pierwiastki chaosu i absurdu, niepokoju w szczegółowo uporządkowanym i zaplanowanym uniwersum blokowiska. Moja obecność wśród innych budziła zainteresowanie i przyciągała uwagę chyba dlatego, że pasowałem tu jak rzep przyczepiony do spodni dresiarza, idącego skacowanym krokiem do kiosku po szlugi.
     Ja miałem spokój, nic mnie już nie obchodziło. Ot, poleżeć trochę, a co będzie dalej, się zobaczy. Zaplątani wkoło mnie takim spokojem nie epatowali. W dziwny sposób znajdywałem się w podróży, wywołaną przez reakcję łańcuchową, rozpoczęte przez innych ludzi. Krążyłem to tu, to tam, raz gniłem w skwarze, raz robaki pożerały moje mięso w cieniu sosnowych drzewek, na których akurat pająki tkały prawie niewidoczne pajęczyny. Niemal każdy człowiek i co niektóry pies zastanawiał się czym byłem za życia, bo do niczego konkretnie nie byłem podobny. Niektórzy odwiedzający mnie czuli odrazę, inni dziwny niepokój związany z moją nienaturalną obecnością. Byli i tacy, którym przeszło przez myśl, że lepiej o mnie zapomnieć, przejść dalej a dzieciom na mój widok zasłaniać oczy.
     Moje jestestwo ewaporowało na szarym blokowisku, którego budynki jak kikuty wydzierały się z ziemi spalonej słońcem. Przyciągnęły mnie go tutaj Chłopaki z Bloku po tym jak to wybrali się na wycieczkę dookoła lasu, zgubili się w nim aż natknęli na mój korpus, gdzieś pod krzakiem przekwitłego bzu. Nie mogąc tego ogarnąć, rzeczywistości związanej z moją tam obecnością, jedyną reakcją na jaką ich było stać, to śmiech. Dziwnym byłem to Zwierzem. Wyglądałem jakby coś go zeżarło do połowy, nie ruszając kości; jakby coś mnie spaliło lub wyżarło jak kwas. Coś mnie też zjadało od środka.
     Sprawiałem wrażenie jakbym pochodził z lasu, chociaż ludzie myśleli, że licho wie gdzie on mieszkał, czy to w ogóle ziemskie stworzenie, czy nie przyleciało czasem na podbój ziemi, przegrało w leśnymi zwierzętami i dlatego tutaj leży martwe i przegrane, jak dziwki stojące za lasem przy autostradzie. Chłopaki z Bloku założyli na mnie worek, zasypali liśćmi żebym nie śmierdział w autobusie. Ruszyliśmy, z ich zamiarem podłożenia mnie Staremu Marianowi, lokalnemu zbieraczowi puszek, z którego okazyjnie darli łacha; ku swojej ogromnej satysfakcji i samopoczuciu. Celem było więc jego mieszkanie: bunkier nieopodal blokowiska.
    Zakopany w worku wydostałem się z lasu, szmuglowany w metalowej puszcze rozpędzanej silnikiem obsługiwanym przez spoconego, łysego kierowcę który słuchał cicho radio na jednym głośniku i pocił się od skwaru niemiłosiernie. Mijając pola i lasy, znalazłem się w mieście. Chłopaków z Bloku koło przystanku zauważyli Chłopaki z innego Bloku. Pogonili ich tak, że Ci upuścili worek, ze środka wysypały się liście,  
     Wylądowałem na chodniku koło przystanku. Dorwało się do mnie robactwo z pobliskiej kałuży i mrówki ze szpary pod rynną. Nieopodal usiadły dzieci, kilkoro ich było, znudzone grą w klasy i żuciem gumy, którą przyklejały pod przystankiem, zauważyły mnie na chodniku. Biegały dookoła i krzyczały wniebogłosy, co chwilę przerywając to zajęcie i przyglądając się. Zabrały w końcu mnie z tej ruchliwej ulicy do cienia, bym tam - na trawniku straszył przechodniów a smród rozsiewał po osiedlu pod oknami w porze obiadowej. Tym razem znów ktoś uznał że nie pasowałem do otoczenia, i starsze małżeństwo wracające z działkowych wykopków zatrzymało się, i przez chwile dumało nad moją egzystencją. Nie trwało to długo, wzięli mnie na łopatę po czym wrzucili do kubła ze śmieciami. Tam jeden szczur odgryzł mi resztę głowy, a karaluchy zajęły się resztką mięsa. Kości zostały rozrzucone.

piątek, 30 października 2015

Zawartość cukru w cukrze




Zajesienie kraju trwa. W miastach mgła szarości nadaje zaś lasami ciągną się zewnętrzne kolory tęczy. Ja natomiast piszę o pogodzie. To znaczy że na łeb upadłem, jednak takie chyba będzie najlepsze wprowadzenie, do tego co dalej: otwieram szufladę i wyskakuje układanka ze słówek. Dodałem do niej nieco nawozu, przyciąłem metafory, podlałem konteksty i oto co z niej wyrosło:



*  *  *

Krótkie Stany Melancholijne

Nie tak trudno dniem go dostrzec,
kątem oka, mgnienie refleksu promienia.
Odrzucony, przy drodze z kałuży,
rykoszetem. Odskakuje wgłąb cienia
by gałęzie z porannej rosy osuszyć.


W wodzie zaś, jak na ksero, odbity błękit.
Koralami mieniąc się, błyskiem uderza.
Suną po tafli chmury, co jak łabędzie
albo inne ptaki, targają piórami nieba obrzeża.
Woda promieniuje w rytm fali.
Usypia myśli. Zaprasza do utonięcia.

I raz mi się ciągle iść ze słońcem odechciało,
aż pewnego dnia, noc sobie znalazłem.
Wieczór pole nieba gwiazd ziarnami zasypał,
i mrugają wkoło. Lilie na łące rozsianie,
w końcu pogasły, pod kotarą co czernią otula.
Obłoki skłębione, dzień od nocy oddzielają.
Zastygam. Jak pomnik wykuty w marmurze,
wyczekuję ogłupiały.
I znów ruszam. Na oślep stopy stawiając.

Przez las znów brnę.
Niczym mysz zagubiona po ciemnej dziurze,
brodzę wypatrując wyrwy w mroku.
Jak najostrożniej, by nie zahaczyć o gałęzie,
w końcu koncertowo wpierdalam się w kałużę.

sobota, 24 października 2015

Wiecznie spóźnialski, czyli kto tak naprawdę odpalił BigBanga

Wiecznie spóźnialski, czyli kto tak naprawdę odpalił BigBanga


 – Kurwa mać! – zaklął Bóg, gdy tylko mnie zobaczył. Wcale nie był staruszkiem z długą, siwą brodą. Był nieco młodszy niż go sobie wyobrażałem, i dużo młodszy niż go malował Michał Anioł. Miał może dwanaście, maksymalnie trzynaście lat.
– Tego żem się nie spodziewał! – dodał gdy zdążył zmierzyć mnie wzrokiem.
Spojrzałem na siebie. Ubrany byłem w spodnie koloru brązowego i w czerwoną koszulkę.
– Czego się spodziewałeś? Parady z tej okazji? – wzruszyłem ramionami.
– Ale ty... ty... - Bóg podrapał się po głowie – ...ty tu nie powinieneś być. To jakiś...
– Cud?
– Nie, żart raczej.
– Irytujesz mnie. – krzyknąłem.
– A ty mnie! – zripostował głośno Bóg.
      Zamilkliśmy obaj. Patrząc sobie złowrogo w oczy, staliśmy w milczeniu. Nasz pojedynek na najbardziej przenikliwy wzrok trwał dosłownie chwilkę.
– Hej, jest tam kto? Wyciągnijcie mnie! – dobył się cichy głosik z dużej dziury nieopodal nas, którą to dopiero teraz zauważyłem.
Bóg, zajmując w pojedynku wzrokowym zaszczytne drugie miejsce, pobiegł zobaczyć skąd dobiegają głosy.
A pochodziły one z jakiejś jamy, nory, Bóg jeden....ekhm... cholera wie co to było.
Stanął przy wlocie, wzruszył ramionami i przykucnął, spoglądając w ciemną otchłań. Zaraz jednak pomógł wydostać się jakiemuś na oko sześcioletniemu dzieciakowi we flanelowej koszuli i obdartych spodniach.
– Kto to? – zapytał uratowany dzieciak, tuż po tym jak otrzepał się z kurzu i spojrzał nie mnie.
– Spóźnił się, i się ostał – odpowiedział mu Bóg.
– Jak to się spóźnił? – zapytał brunet.
– Też się zastanawiam... żeby się spóźnić na koniec świata? – Bóg znów podrapał się w czuprynę
– To co? – zaczął sześciolatek - zaczynamy od nowa? Teraz ty będziesz tym złym!– powiedział do Boga i uśmiechnął się szyderczo odsłaniając mleczne ubytki w zębach.
Po chwili dodał jeszcze:
– Ale to ja tym razem odpalę BingBanga.
      Stałem przez chwilę jak drewniany kołek w składzie gwoździ, po czym ruszyłem schować się z horyzont. Nie wzruszało mnie już nic.

piątek, 23 października 2015

Odpowiednie tytuły to nielada wyzwanie



Zastanawiam się, jaką formę narzucić temu blogowi. Szału nie będzie, to wiem, ale mam w szufladzie teksty z tak różnych krańców i różnią się one tak, że strach czy nie wywołają czasem jakieś wojny. Od samych rymowanych układanek to się można przegrzać, więc zastanawiam się, coby któregoś dnia wyciągnąć na wpis blogowy formę prozą pisaną.
Póki co, układałem niedawno puzzle, i jak je już ułożyłem, zerknąłem na okładkę. Okazało się, że nie do końca o to chodziło. Nic nie poradzę, skoro wychodzi na to że elementy raczej do siebie pasują. Nie wiem co jest grane i czemu od tygodnia unikam ludzi. Introwertycy tak już chyba mają.
A teraz ogłoszenia duszpasterskie: Dziś muzyczka bez słów, a z emocjami. Wyciągnięta z wanny, bo pralka maszyny losującej zepsuła się w okolicach wirnika. Świat, na szczęście, kręci się dalej.

*   *   *

Wiatr


Nigdy nie będziemy tymi, kim chcieli byśmy byli,
bo to byłoby zbyt wiele osób;
jednak należy jakoś próbować wyjaśniać wszystko,
- a co jak się bywa niezbyt często oportunistą?
Aż strach pomyśleć ile to wszystko kosztuje.

Mając w zapasie tylko kotwice na pokładzie
a pod kopułą jedynie dwa światy.
Dmuchamy z bocznym w żagiel i płyniemy
w stronę portu, by stanąć przed dowódcą;
zdani na pomyślność może tego właśnie wiatru

(Przyjaźniłbym się ze zbrodniarzami za młodu gdyby można
nie dla milionów, a dla człowieka. Ocalić wszystkich.)

Zaś Indianie mówili że wszystko ma dwa imiona,
które W końcu dadzą odpowiedź
jedno jest powszechne, drugie znane tylko sobie.
Mówią, że to Żydzi podali imię Boga,
ja, jak oszalały, szukam tego drugiego słowa.

Mam tak czasem, że chciałbym wiele wiedzieć,
a to może ścisnąć jak upadek między kłody.
Lepiej czasem wstrzymywać ciągoty z ciekawości,
bo, oho, oto po oczekiwaniach.
Te nie spełniają się w ogóle jako sądy,
za szybko tracąc zdolność do hamowania.

Więc co najlepiej uczy? Inne drogi:
szukając skrótów nowe kierunki zostają celem.
Zaś czasem, gdy można liczyć tylko na siebie,
to mówiąc wprost - iść. Nie myśląc za wiele.
Bo takimi ludźmi, którymi być byśmy chcieli,
być może, właśnie, nigdy nie będziemy na tyle,
by móc być, grzeszyć, kochać, łączyć i dzielić.

niedziela, 11 października 2015



"Ustalmy, szczamy do umywalki czy nie?"
- Jan Himilsbach do nowo poznanego współlokatora, po zakwaterowaniu ich w hotelu.




Dziś dualistycznie, bo cytatu nie czyta tata Tacyta.
Zamiast tego Jan Himilsbach. Ten wybitny polski prozaik takim błyskotliwym zdaniem wciąż przypomina, że jakieś zasady obowiązywać, bądź co bądź, muszą. 
Grzebię w szufladzie a czuję jakbym jechał po bandzie, pralka też w drodze losowania wybrała muzyczkę specyficznego gatunku. Wszystko dlatego, że przypomniałem sobie, że razu pewnego wystrugałem coś takiego, jak poniżej. Taki temat,  tytułem podany jak na tacy. Odnośnie tego, czego dotyczy, to już nie jest tak lekko.



*   *   *


Sens życia z punktu widzenia nałogu



Szlag by to trafił, kolejna zapalniczka nie pali,
znowu autobus za godzinę, znowu gdzieś pobłądziłem,
sinusoidalnie, zdarza się odkrywać nowe światy,
przemierzać je, na zasadzie trzymania się lekko w oddali,
na gorąco palić wszystkie zasady - tu imię Twoje,
- czy myśmy się czasem nie znali?

Myśli kręcą jak kołtuny, nie dają spokoju,
ciągle grają po kościach pozorami.
Znasz je, albo Ci się tak tylko wydaje,
z rozumu wyodrębniony ptasi móżdżek
jak, róg co huka Mistrzowi po lasach.
spustoszenie w głowie prawie tak rozkoszne.
Róg, złoty. Który miałeś chamie.
- a że zgubiłeś - o tym już nie wspomnę.

I był niby niepozorny, a czasem - jak warknął
raptownie uniosłym tonem poroznosił świat,
prawie jakby wierzył w zimno nieskończone.
Z taką siłą, której nie można ominąć,
którą trzeba znosić, jak ogórki do piwnicy,
co czerpana z niepokojów nie do końca wrodzonych.

Zachodzę w głowę nad jednym,a tu a od wschodu,
po oczach coraz bardziej zmęczonych
niewidoczne myśli - Skąd ten wiatr?

Gdyby tak zrozumieć spróbować, to pcha nas
wprost w zasadzki pozastawiane na ludzi;
Najgorsze co można wtedy zrobić, to się tłumaczyć
że możemy dać sobie jeszcze jedną, kolejną szansę.
Przecież kiedyś staniemy się mądrzejsi bardziej.
życiem wczorajsi, dziś długim wstępem do jutra;
Z samotności powstałej w tłumie
łapiemy doła, nic się nie dzieje, biegamy po górach.

Rozmyte "ja" bywa nieraz nielichą grupką.
Rozbiegunowany na tyle stron świata,
aż czuć, jak myśli na strunie duszy podyrygują.
Mam obawy z niepewności: takie tam poczytalnością zabawy.
Życie, wiesz już, bywa nieraz na jawie śnieniem.
Wszak od bycia człowiekiem w kilku osobach.
Pojebało. Wszystkich z psychopatycznym usposobieniem.                  

To może liczą się momenty,
chwila, która trwa jak zawsze?

Mieć świat w dłoni nie jest lepiej, może pozornie
bo gdy nie weźmie się w garść, od razu z głową
-i gołębia jeszcze gdzieś wcisnąć,
pozostaje tyko bierne patrzenie 
jak wyraźne niegdyś granice coraz bardziej płowe.

Jak nigdy, wówczas tęskni się za normalnością.
I chyba w życiu na krawędzi pomaga lęk wysokości.
Poplątało się wkoło. A miało być prościej.

Chociaż gdy gorzej, to zbieram się w sobie,
próbując świat ubrać w najbliższe plany,
zlepiając z tej gliny około logiczną osobę.

Tylko jak tu teraz być sobą,
gdy własne ja
jakby całkiem obcym ludziom wyszarpane?

"Sąd sądem, introdukcja musi być po naszej stronie"



Poniżej piszę jak następuję:
Jestem niepoprawny. Jestem zapominalski, nieuważny. Oho - i jestem teraz tu, i to tak publicznie... tylko spokojnie Krzysiu, co znowu się denerwujesz takimi miejscami? Nikt i tak nie będzie tego czytał, to tylko takie osobiste dyrdymały, skutek uboczny zastosowania zasady "cogito ergo sum", przelane przez formę osobowości oscylującej na ciągłym konflikcie powstałym z posiadania instynktu przywódczego oraz stojącej w opozycji trudności, z jakiejś przyczyny, przy nawiązywaniu i utrwalaniu relacji. Nazywając rzeczy bez zbędnego pieprzenia- raczej jestem indywidualistą. 

Co do wyżej i niżej wymienianego miejsca, tego manifestu kierunków mojej wyobraźni, odnośnie tego  kącika tak tyci-tyci, niemalże zaułku w łuku ściany;  gdyby było miejscem w domu, to takim gdzie stawia się kwiatek, który zasłoni krzywiznę między cegłami.   z uwzględnieniem jego faktu i ze świadomością że ni cholery nie znam wartości tej treści, bo ja tylko pismakuję i knuję co by tu napismakować pozostaje mi złudna nadzieja że czytelnik osądzi i mam nadzieję że obędzie się wkoło bez patosu jak w filmach z Gibsonem i zabijających rytm napięcia ataku reklam godnych polsatowskich bezmózgich animacji które nagle w sajgonie skupienia ryczą dżinglami do nieprzytomności. Uszo- i oczojebne argumenty do zakończenie niezbyt udanego romansu z telewizją. I ten nieuleczalny brak ciepła kojącego głosu Krystyny Czubówny, którą to jako jedyną widziałbym w ramach recytacji tych słów zamieszczonych do weryfikacji.

Ewentualnie niniejszy tekst widziałbym w formie limeryku na ukulele, śpiewającego przez pomarszczonego buszmena pod rytmy Gangu Albanii.
Patrzcie, to moje, przeze mnie dopasowane, i to nie jest moje ostatnie słowo. Oswajam się dopiero z odczuciem towarzyszącym temu że będę miał publiczny malutki i niszowy kącik w ogromnym świecie internetu. Ja jak coś wyciągam z szuflady, to jest święto lasu i mrówki świecą jak świetliki jak popiją denaturatu z Czarnobyla.

Jeśli jednak, jakimś cudem, przypadkiem jesteś tu, i nie jesteś duchem a zawędrowałeś w wyniku metamorfozy z zagubionego operatora przycisku myszy, która zerwała się z łańcucha, pozostawiony na polu teraz więc dla mnie do popisu coby z bloku ociosać zarysy rzeźby czytelnika, z gatunku tych co w wyniku zbyt częstego powtarzania alfabetu w podstawówce odruchowo zaczynają sklejać literki w zdania i tak im już zostaje. Marzenia świętej głowy jak w mordę strzelił, więc składaj spokojnie w główce te literki w zdania, ale  wiedz że w starożytnym Rzymie 1 komentarz miał wartość 500 Euro, a że to było 2000 lat temu, łatwo policzyć, że wartości komentarzy od tamtego czasu wzrosła niewymiernie i wyciągnąć wniosek że traktora waflem nie zatrzymasz.
Trzymałem je w szufladzie, a to był błąd jako że każdy, kto wierzy w Mikołaja, Muminki czy postacie z bajek Brzechwy, wie że to właśnie ciemne i mroczne zaułki własnego biurka są żerowiskiem dla niewidocznych dla ludzkiego wzroku bakterii, przenoszonych drogą drogową, przenoszących do wszystkiego niechęć do siedzenia w szufladzie. Właśnie te bakterie wniesione zostały mi pod moją nieobecność do szuflady przez Muminki; są niczym innym, tylko harcującą bandą neurotyków i schizmatyków, co biegając w przebraniach za panów incognito, kazały pozdrowić fanów Miłosza.


Ale, ale...
Minister Dobrego Samopoczucia ostrzega:
Te twory liryczno-ekshibicjonistyczne mogą być gówniane, mogą w nich siedzieć błędy jak rodzynki w cieście, mogą celowo kryć kilka znaczeń - a wszelkie zbiegi okoliczności z własnymi teoriami będą  na bieżąco przypisywane jako celowo istotne do interpretacji. Jak gdzieś kropki brakuje, a brakuje od cholery, proszę pisać zażalenia adresując je do Premiera Antarktyki: byłoby zakrzywieniem czasoprzestrzeni jakby odpisał. Natomiast o tym, co autor miał na myśli - jest cień szansy po ciemnej stronie księżyca - będę umieszczane w okolicy tekstu.
Następnie dodał adres im  do ulubionych mówiąc: "Bierzcie i czytajcie z tego wszyscy". Teraz siedzi na fotelu po prawicy myszy i nie może zliczyć błędów i literówek tekstu. Zawsze był cienki z matmy.

Z tej okazji miłego pobytu w miejscu, gdzie nie przypadkowo pod szyldem twardego stania na ziemi opisane są bolesne z nią upadki zbyt często bujającego w obłokach pismaka, człowieka który jest żywym wcieleniem powiedzenia "zdolny ale leniwy". Tutaj będę się rozpisywał, jak bardzo nic mi się nie chce i czemu nie rozwijam zdolności. I będzie muzycznie, a muzykę wybieram po procesie wyboru muzyki. Proces wyboru muzyki polega na wrzuceniu 100 losowych klipów do bębna pralki piorącej i wylosowania odpowiedniego adresu, który potem wklepuję z magicznymi zaklęciami, by pojawiły się tu. Zawiłe? Też się w tym gubię.

Czy wspominałem już że jestem wybrednym konsumentem wytoczonej mi krytyki? I gburem. A czasem nawet miewam poczucie humoru.
A z wad to jestem głupszy niż sprawiam wrażenie.
Na pierwszy ruszt wyciągam i wklejam poniżej takie cacko-cosiowe w sosie lirycznym, wynikłe z niedawno ułożonych literek.
Ogólnie to wydźwięk poniższego tworu ujęty podsumowaniem"Taki duży taki mały może świętym być"-  jakkolwiek prymitywne i bezczelne, tym bardziej że sam sobie je wymyśliłem - jest w miarę trafne.  I stan mojej narracji ma się dobrze, jeśli komuś sprawiam wrażenie że piszę nie z duchem czasów, wyjaśniam że ja piszę według czasu letniego, a w ogóle to mnie urodziła ciotka a tryb swojego dnia opracowałem z uwzględnieniem iż kiedyś mogę zostać eskimosem. I w ogóle to nie wierzę w duchy,  i nie mam dla nich czasu.
Ogólnie wiem też, że jestem wybitnym moralizatorem; milion razy lepszym od doktora moralitetów, nijakiego Marcela Morela. Dodam na zakończenie jeszcze, że popada się ten ton czasem sam w siebie sam z siebie, nie że niby ja miałbym weń się zanurzać - jakoby - tym tonem w którym nieraz  tonę. No bo niby jak, że tak do końca celowo bym bredził, nie tylko czasami?


*   *   *


Zapiski posiadacza szarej miski



Głupota jest względna dla każdego.
Nauczyłem czegoś tylko kilku ludzi,
siebie nauczyłem wielu złych rzeczy.
Ludzie to już nie człowiek.
Masa plastyczna owszem,

ale wtedy każdy układ inny.

Więc piszę list, by świata
nie tykać,
byśmy nie spadli jak ze wspólnej ławki.
To z tego powodu ściga nas karma,
depcząc pięty -  rozlicza niewinnych.
I choć głupotę każdy definiuje inaczej,
drogi to towar. Za głupstwo się płaci;
Ironia - mądrze oddaje ileśmy warci.

Więc jesteśmy ściganym, jak i tym co ściga.
Ja, tak jak i ty. Pojedynczo, wyjęci z masy.
Zauważam, że działamy na siebie wzajemnie,
bardziej niż księżyc na oceany.
Tak samo milcząco. Tak jakby na śpiąco.
Celowo, jak najbardziej nieobecnie.

Zdaje się, że różnimy się, szczególnie głupotą,
I nawet gdyby chcieć coś zmienić, w końcu

porzucamy nadzieje.  I już cel każdy widzi inaczej.

Ogólnie wiadomo że tłum jednak być musi,
 zbyt rzadko rozumie jak rzeźbić w masie,
by nie świat
wytykać łapskami niepotrzebnie; 
a pomyłki i kłamstwa w garniturach;
Bywa, że dopina swego.
Co jakiś czas nadchodzi gorsze,
gdy nikt głośno nie mówi. 

Wtedy sam pośród ciszy,
słyszę jak kręcą się, w tłumie
wzajemnej adoracji, coraz prędzej,
młyny, co wodę potokiem się leją
,
na kolejną mgłę celowej dezinformacji.

Więc co, gdy nas coś połączy?
Błądzenie po ciemku i szukanie światła?
Chęci w moralniejszych etycznie bytowaniu?
Gazety i bajery, fasady, budynki i inne miejsca
Ja i Ty. I wszystkie możliwe światy.
Jak jeden idealny fraktal, bez planu rysowany.

Potem pazernie w górę wyrywa się władza,
porządzić aż do odrywania się się od świata,

by na końcu odkleić fantazję od wyobraźni.
Mruczą wówczas po kątach nieliczni, co mądrzejsi.
Dla reszty ciągle przecież jeszcze trwa karnawał,
tam karuzela i cyrk, i dawno klauni z klakierów wyleźli.

Wymowny staje się więc wybór: między udziałem a bezruchem,
wiedząc, że nie ujmie się swego świata w żadnych słowach. 

Zbyt to kruche by iść z tym, ot tak, w dal.  Nie kalkuluje się.
W ciszy nie ma chęci uczestniczyć nigdy głupota.
Milczenie nie ma wartości, za mało kosztuje mowa.