środa, 28 grudnia 2016

Kilka refleksji....





 *  *  *
Dziś dla odmiany wpisu nie będzie. Abstrahując już od tego, że nikt mojej grafomanii i tak nie czyta, na brak dzisiejszego posta złożyły się również takie czynniki jak: chujowa pogoda, skołatany nastrój, brak czasu oraz chęci.

Wklepię tu zatem (dość bezmyślnie), kilka refleksji o otaczającej mnie rzeczywistości. Nie będzie więc to odkrywcze, a raczej autozwrotne:

a) brak śniegu w zimie od kilku lat - cóż, nowe pokolenia przywykają powoli do takiego stanu rzeczy. Ja jednak mam w pamięci obrazek sprzed niemal dekady, w którym widok za moim oknem zasypany został w grudniu śniegiem. Biały, zimny puszek nie był zaskoczeniem w październiku lub listopadzie, zazwyczaj trzymał się on do marca. Obawiam się, że wobec zmian zachodzących w naturze, dzisiejsze pokolenie wkrótce będzie się uczyło o śniegu z Wikipedii, zaś zabawy śnieżne typu lepienie bałwana, w przyszłości mogą pozostać w sferze symulacji komputerowej odpalanej dla dzieci w ramach "historii zmian klimatu". Poza tym, zimową porą, gdy szybko robi się ciemno, bez śniegu jest jakoś tak depresyjnie i ponuro.

b) Ogólnie bardzo często mam gdzieś wszelkie reakcje ludzi, ale co jakiś czas zreflektuję się. Tym razem zagadnienie brzmi: dlaczego niechęć pójścia na zabawę sylwestrową jest postrzegane jako coś negatywnego? Ja tam podziwiam gościa, który "będzie grał w grę, Tomb Rider". Im bliżej dnia kończącego rok, tym częściej postronne osoby pytają mnie o plany sylwestrowe. I robią to raczej z kurtuazji, niż z ciekawości. Maluję im zdziwienie, informując że nie mam planów, a najchętniej przespałbym ten wieczór pod kołdrą.

c) lektura biografii Beksińskich unaocznia mi, jak bardzo człowiek może być mały wobec (nawet swojej) sztuki. Ktoś kto tworzy wspaniałe dzieła, pełne majestatu, intrygujące, surowe i narzucające zastanawiające skojarzenia, na pewno musi być silnym, szorstkim człowiekiem, żyjącym mocno do środka - tak wyobrażałem sobie postać Zbigniewa Beksińskiego, a wyobrażenie to budowane było tylko i wyłącznie siłą oddziaływania jego obrazów. Co się okazuje - artysta to tylko człowiek, i jest tak samo słaby i zagubiony jak inni ludzie na tym świecie, gdzie każdy próbuje udawać, że ma wszystko pod kontrolą i że jakoś się w życiu odnajduje. Artysta ma dodatkową trudność w obcowaniu ze światem - wrażliwość; by móc "mówić" poprzez swoje dzieła, musi także umieć widzieć więcej, a to już przerąbana sprawa.
Z lektury książki wnioskuję, że Zdzisław Beksiński był normalniejszy niż by to się mogło mi wydawać, ale też bardziej zagubiony. Co mnie zaskoczyło,  to fakt iż momentami widziałem w opisie jego zachowań... dziecko, istotę wręcz do bólu naiwną, nazbyt ufną, a jednocześnie ciekawą świata.
Jego syna z kolei oceniam przez inny pryzmat - miał raczej wyniosły, pompatyczny charakter, łatwo wpadał w złość, przywykł do tego, że wszystko było mu dane (jako dziecku). Z tego powodu, uważam, nie umiał się odnaleźć w dorosłości. Jedynak, w centrum uwagi - zarówno swojej rodziny (rodziców), jak również znany jako "syn zdolnego malarza".
Z opisu jego prób samobójczych, wnioskuję że on to robił (w dużej części) dla... atencji. Czytając opis jego pierwszego podejścia, miałem wrażenie że zrobił to po to, by najbliżsi poświęcili mu jeszcze więcej uwagi, niż do tej pory, by jego była dziewczyna przejęła się i odezwała do niego (doprawdy żałosny sposób na zwrócenie uwagi).
Wcześniej myślałem, że Tomasz Beksiński był skrajnie wrażliwym, aspołecznym indywidualistą, antysystemowcem, którego śmierć miała być manifestem wartości moralnych, uświadamiać nam problemy cywilizacyjne czy zmusić do refleksji na temat samotności każdej jednostki. Po lekturze biografii stwierdzam jednak, że był on pierdołą i nie wiedział czego chce w życiu. Gonił niedoścignione, przejmował się błahostkami, oczekiwał od ludzi, samemu nie potrafiąc dać za wiele.
Nie potrafił znaleźć sobie miejsca w życiu, które bardzo idealizował. Nic dziwnego, że nie spełniło ono jego oczekiwań, a jedynie przysparzało zmartwień.

d) cieszę się, że póki co, polityka omija mnie szerokim łukiem. Nie ogarniam już tego, co się tam wyprawia.

e) zastój twórczy powiązany z silną potrzebą ekspresji przywołuje mi skojarzenia z uczuciami kota, który zza szyby w mieszkaniu obserwuje ptaki latające po niebie. Nic nie może zrobić, bo oddziela go szyba, natomiast sam ich widok powoduje, że wprost roznosi go od środka.

f) to, że święta są już za nami, ma jedną poważną zaletę - ucisza się cały ten zakupowy szum, który nakręca korbkę komercyjnego szału. Dochodzę do wniosku, że gdyby korporacjusze mogli,  najchętniej wprowadzili by jeszcze kilka świąt do kalendarza, byle sprzedaż wzrosła. Najlepiej raz w miesiącu, pod jego koniec, jakieś święto związane z zakupami.
Tak na marginesie - święta ostatnio sprowadzają się w większości do zakupów, i z tego faktu firmy postrzegają ten czas jako okres, w którym można dodatkowo zarobić.
W przyszłości święta sprowadzone zostaną do rangi komerycjnego uniesienia, bo jakoś coraz mniej tradycji, coraz więcej wydawania pieniędzy. Taki szał na zapotrzebowanie wszystkiego pod koniec roku, z punktu widzenia ekonomii, nie jest taki zły. Wprost przeciwnie: działa korzystnie na gospodarkę - wręcz lepiej się w tym zakresie spisuje, niż jako czas, gdy ludzie są blisko. Coraz częściej mam wrażenie, że omawiana bliskość jest jedynie pochodną całej reszty.

h) Na koniec - życzenia Szczęśliwego Nowego Roku, każdemu wedle potrzeb: zdrowia, szczęścia (w miłości), ewentualnie pieniędzy. No, i oczywiście śniegu po kolana jeszcze tej zimy :)

piątek, 23 grudnia 2016

Mój introwertyzm



*  *  *

Intro

Przecież nigdy od nikogo się nie domagałem
poczucia bytu, jak włos pod ostrzem nożyczek.
Krępują mnie lęki powstałe z dotkliwych wrażeń.
Wrzeszczę tą swoją nieznośną, niepojętą ciszą
zatracając się w niewoli krat własnych wyobrażeń.

Te, bezczelnie zagarniają radość jakichkolwiek złudzeń.
Spychają na bok życie wymownym milczeniem,
aż odczuwam to samo co wyrzucony z ulu truteń.

Każda wątpliwość zmienia się w kłamstwo
a byle kontekst zrzucam w dół z wapnem.
I zaczynam żyć w takim szambie.
Coraz bardziej do gęstego środka,
idę w dół po lustrzanych schodach.

I zazdroszczę Ci każdego gestu, rozmowy.
A przecież mam takie same pragnienia,
to jednak gasnę i staję się coraz bardziej płowy,
gdy myśli nie uchodzą, pozostając urojeniem głowy.

Chcąc uciec, zamykam się bardziej.
Milczę jak oszalały,
i coraz mocniej przez to sobą gardzę.