sobota, 20 lutego 2016

Wojna o pokój




[Dziś z szuflady po śladowych ilościach poprawek tekst z brodą, pisany do spółki w liceum]

Wojna o pokój

„Każda wojna to walka o idee, nawet jeśli tych idei nie ma!”


      Dzisiejszy dzień był najdziwniejszym dniem mojego szarego i nudnego życia. Tak nudnego, że nawet wyjście do sklepu jest dla mnie rzeczą dziwną i niezwykłą. Tak więc dziś rano, po obudzeniu, stwierdziłem coś dziwnego... nie mam podłogi. Widziałem mieszkanie Sąsiada pode mną, wszystkie meble, dywan, podłogę – cały pokój. Łóżko moje zawieszone w jakiejś dziwnej, niewytłumaczalnej próżni, lewitowało w powietrzu. Atmosfera dziwności z tego powodu przeszyła me ciało jak dreszcze, korzonki zapuściły gałęzie, a kark zamarzł z wrażenia. Pod sobą widziałem śpiącego jeszcze Sąsiada.
      Rzuciłem poduszkę w dół, by sprawdzić czy będzie miała jakiś punkt zaczepienia, chciałem zobaczyć czy zacznie lewitować w powietrzu podobnie jak łóżko. Gdyby moje przypuszczenia się sprawdziły, prawdopodobnie ja także mógłbym chodzić po „niewidzialnej podłodze”. Ale niestety, na moje nieszczęście, poduszka trafiło prosto w głowę sąsiada, który zerwał się gwałtownie. Zareagował dość dziwnie, zgoła odmiennie niż zareagowałyby inne osoby w tej sytuacji. Nie zaczął rozmawiać o pogodzie, nie skarcił mnie za nagłą pobudkę, ba – nic nie mówił. Tylko wyciągnął z szafy Starą Strzelbę Dziadka. Załadował śrutowe naboje, i zaczął szykować się do strzału... w moją stronę. Ja widząc to zakryłem twarz drugą poduszką, która mi została. Sąsiad pociągnął za spust Starej Strzelby Dziadka, rozpruł poduszkę z której wypadło pierzę, zacząłem myśleć o nieludzkim traktowaniu gęsi przez ludzi.
     Chowając się przed spostrzeżeniem Sąsiada mogłem ocenić swoją sytuację. Zauważyłem, że obok „latającego” łóżka, w powietrzu wiszą także inne moje meble – stolik nocny, taboret, szafka, nawet stara powojenne komoda. Nie było tylko podłogi i oczywiście mojego tureckiego dywanu. Spojrzałem na nocny stolik, na środku którego stała moja nocna lampka, szybko pojawiła się myśl – „obrona poprzez atak”,lampka poleciała więc w kierunku sąsiada, przeładowującego broń. Robił uniki, uniknął sztucznej szczęki mojej cioci. Nie oberwał trzema grzebieniami rzucanych jeden po drugim, nie trafiłem go także opakowaniem po pastylkach na kaszel. Poleciały w końcu stare butelki po piwie ze środka szafy, jednak i te minęły się z celem. W końcu udało mi się go trafić radiem sporych rozmiarów.
      Zauważyłem że Sąsiad doznał jednak niewielkiego uszczerbku na zdrowiu i w ramach rewanżu z powodu braku śrutu, rzucił we mnie papierową kulką uformowaną z podania o poszkodowanie. Kulka była jakaś dziwna, robiła się coraz większa i większa. W końcu urosła do tak dużych rozmiarów, że zajęła cały pokój sąsiada – od podłogi po samą górę. Stwierdziłem, że taki kawał papieru może śmiało robić mi za podłogę.
      Sąsiad znalazł się w beznadziejnej sytuacji, zaczął więc pertraktować rozejm. Jako że przygnieciony był kulą - nie słyszałem go zbyt dobrze, ale dotarło do mnie że chce pokoju. Zacząłem mu wyjaśniać, że to on wywołał wojnę i ja się nie poddam. Czułem w tym spisek, przejrzałem jego zamiar. Tylko on miał pokój z podłogą, ja musiałem zmagać się z jej brakiem. Powiedziałem:
      - Kto pragnie pokoju, szykuje się na wojnę. Tylko ty masz pokój, ja go utraciłem.
      Przeszedłem więc, ze sporą trudnością – bo w końcu wspinając się po meblach, skacząc po nich bardzo ostrożnie, do kuchni aby tam założyć II front tej wojny. Z garnków zrobiłem obronę przeciwogniową, z szafy wyjąłem tym razem swoją Starą Strzelbę Dziadka i ustawiłem ją za barykadą butów w holu, w razie natarcie na główne wejście; z komody w sypialni urządziłem schron przeciwlotniczy,w łazience, za pomocą apteczki – punkt opatrunkowy pierwszej pomocy
     Zacząłem nasłuchiwać, co porabia sąsiad. Poczułem dym, i dość szybko.zauważyłem białą mgiełkę unoszącą się po moim pokoju. To papierowa kula – zaczęła się palić. Sąsiad niecnie podłożył ogień pod podwaliny mojej egzystencji. Po chwili cała podłoga zajęła się ogniem.    
    Pobiegłem czym prędzej do łazienki, podłączyłem węża do kranu i zacząłem gasić pożar. Gdy mi się to udało (dość szybką zresztą), krzyknąłem triumfalnie i koniec węża włożyłem do kieszeni, obserwowałem tylko mały tlący się skrawek papierowej podłogi Sąsiad zaczął pomstować na mnie, krzyczał że zawsze miałem węża w kieszeni, i nie po to on płacił za zapałki do podkładania ognia, bym go gasił. Stał zanurzony po kolana w wodzie, krzyknąłem tylko:
      - Zalewasz!
Wojna trwała nadal, a Sąsiad wykrzyczał:
      - To ty zawsze zalewałeś... się - też!
      Gdy tylko skończył to mówić, musiał zrobić unik przed zbliżającym się kaloszem, rozmiar 42. Padł na dywan, czołgając się zniknął gdzieś pod łóżkiem. Już myślałem że poległ na polu bitwy, gdy okazało się, że robiąc podkop we własnej podłodze, zaatakował mnie od strony kuchni serią znaczków pocztowych... a konkretnie klaserami.
       To zaskoczyło mnie kompletnie. Nie zdążyłem się zorientować, sąsiad cisnął jeszcze garnkiem w moją głowę. Ze skroni poleciała mi mała strużka krwi. Nie było to wielkie skaleczenie, ale nie zmienia to faktu, że wojna rozgorzała na dobre i są już pierwsi ranni.
     Postanowiłem kontratakować,metodą psychologiczną. Wpadłem na taki pomysł gdy spostrzegłem, że po moim parapecie spaceruje sobie leniwie to w jedną, to w drugą stronę,kot Sąsiada. Ten sam, który w zeszłym roku zjadł podstępnie mojego kanarka. Odpierając atak wykałaczkami, złapałem więc kota i umieściłem w klatce po mym wiernym ptaku.
      Postawiłem ją na lodówce, nazwałem to miejsce „Klatschwitz I”. Zacząłem myśleć nad karą dla kota-kata. Mój wzrok powędrował na kuchenkę gazową, w głowie zaświtała myśl – komora.
Sąsiad, gdy zauważył swojego kota w klatce, zbladł na twarzy, wyjaśniał jakieś dziwne zasady tej wojny. Mówił że nie jest to wojna o jeńców, że powinienem wypuścić kota, bo inaczej opinia publiczna się ode mnie odwróci. Ruszył moją czułą stronę, w końcu zawsze zależało mi na zdaniu innych ludzi. Zapewniłem go, że kotu nic się nie dzieje strasznego, pokazałem mu jak wygląda klatka, upewniłem że kot ma w niej luz.
Nie wspominałem tylko, że kot zginął w komorze gazowej przy próbie ucieczki. Pokazując mu futro z norek zawieszone w klatce, poruszałem by improwizować ruch kota (sporo wysiłku mnie to kosztowało), odmówiłem wydania kota.
     Jednak sąsiad przeczuwając co się stało z kotem powiedział:
      - To już nie wojna między ludźmi, zostały w nią wplątane zwierzęta. To jest wielka, ogólna wojna światowa pomiędzy gatunkami. Popełniłeś błąd drogi sąsiedzie, teraz jestem zmuszony do uderzenia całymi siłami. Tak się kończy wplątywanie niewinnych w prywatną wojnę. Każda wojna to walka o idee, nawet jeśli tych idei nie ma!
      Teraz kiedy mam już ideę mogę pozwolić sobie na konflikt globalny... między gatunkami!Nie obchodziły mnie te jego głupoty, do głowy przychodziła mi pamięć o moim kanarku – Fistaszku. Postanowiłem postawić mu pomnik. Ulepiłem go z plasteliny i położyłem na ławie w pokoju. Mały napis głosił: „Jeszcze nigdy tak wielki, nie zawdzięczał tak wiele, tak niewielkiemu”.
      Z okazji odsłonięcia pomniku, zbombardowałem Sąsiadowi balkon, proszkiem do pieczenia.Mimo wszystko czułem strach, postanowiłem zawrzeć obustronny sojusz ze szczurami i z myszami. Oczyściłem w ten sposób swoje sumienie. Stanąłem na cokole czasu, którym był taboret i przemówiłem do gryzoniowatego narodu. Przemówienie wzbudziło aplauz. Stworzenia przyrzekły na Boga walczyć do upadłego.
      Wykorzystywałem więc je do akcji dywersyjnych. Nadgryzały kable od telewizora, siały spustoszenie w spiżarni wroga, w ten sposób następny gatunek został wciągnięty w wir wydarzeń.Na moje nieszczęście sąsiad zawarł pakt z owadami. Komary gryzły mnie niemiłosiernie, a ćmy przeszkadzały w bombardowaniach dywanowych. Zmuszony więc byłem zawrzeć pakt z nietoperzami, które przedstawicielstwo miały w piwnicy kamienicy. Za dwie garście rodzynek zgodziły się współpracować.
     Tak powstała kadra, której celem była obrona przeciwlotnicza.Wojna trwała już kilka godzin. Zbiory żywności u sąsiada, dzięki akcji gryzoni zubożały niemiłosiernie. W oczach sąsiada pojawił się lęk głodu. Jego sojusznicy – koty, zaczęły narzekać na brak jedzenia. Walka toczyła się pod moje dyktando i zwycięstwo było blisko.Nagle rozległ się dźwięk dzwonku przy drzwiach Sąsiada. Ukryty za szafą obserwowałem ruchy sąsiada, który kryjąc się za parasolem poszedł otworzyć drzwi.
     To byli świadkowie Jehowy, których wszędzie pełno. Trochę porozmawiali z Sąsiadem, ale ten szybko się ich pozbył starym sposobem – wypychając za drzwi. Gdy Sąsiad zatrzasnął za nimi drzwi, zaatakowałem znienacka, to jest z kuchni, za pomocą srebrnych łyżeczek, które znalazłem w kredensie. Atak wyrządził spore straty w obozie Sąsiada.
    Wydawało by się, że wojna zmierza ku końcowi. Zacząłem świętować sukces, złupiłem z tej okazji dom Sąsiada, wiele sprzętów zabrałem do siebie.
      Gryzonie niezadowolone z doli które dostały, odwróciły się ode mnie i zbuntowały. Zawiązały powstanie, odkneblowały sąsiada i przeszły pod jego dowództwo. Sąsiad, wykorzystując moje rozprężenie po wygranej, zaatakował mnie butami, jedynymi rzeczami które mu zostały. Nie mogąc działać, zacząłem robić mu wyrzuty, że zawsze wchodził w moje prywatne życie z butami. Wygrałem jak do tej pory wiele bitew, ale cały wojny jeszcze nie. Ponadto, Sprzymierzone Glonojady z Akwarium zaczęły blokować rury kanalizacyjne. W mojej kuchni zapanował okropny smród. Nie miałem wyboru, musiałem się wycofać z własnej kuchni przed napierającym wrogiem.
     Wycofałem się do łazienki i tam się zabarykadowałem. Wskoczyłem do wanny, do której uprzednio nalałem wody. Flota moja składała się z kaczki i kilku gumowych gruszek.
      Sąsiad stanął ze swoją armią naprzeciwko drzwi (na zawieszonym w powietrzu fotelu), rozpoczęło się oblężenie. Początkowo próbował sforsować drzwi, zastawione pralką. Po kilku próbach zmienił swoją pozycję. Jako, że w całym mieszkaniu nie miałem podłogi, sąsiad wykorzystał to i atakował mnie od dołu. Sprzymierzone z nim gryzonie już dawno poległy na polu bitwy zjedzone przez głodne koty. Koty zdechły z kolei z przejedzenia.
      Prawie wszystkie zwierzęta poległy w jeszcze gorszych warunkach i rad jestem, że nie mam obowiązku opisywać tej masakry. Zostałem tylko ja i Sąsiad. W głowie zakiełkowała myśl, widząc swą beznadziejną sytuację pomyślałem – „może by tak zawrzeć rozejm”?
     Nie chciałem okazywać słabości, więc przez dziurę w łazience przedostałem się do ubikacji. Siadłem na toalecie, zrobiłem co należało. Spuściłem wodę z sarkastycznym uśmieszkiem. Zawartość spadła na dół, do sąsiada. Smród panował w całym jego mieszkaniu, padły ostatnie owady.
      Sąsiad, chcąc nie chcąc zaproponował rozejm. Ja też byłem już zmęczony tą wojną, prawdę mówiąc zapomniałem już o co walczymy. Umówiłem się z sąsiadem na pertraktacje w mojej kuchni. Sąsiad nie zgodził się na takie warunki, zaproponował mi swoją łazienkę, co z kolei mi było nie na rękę. W drodze kompromisu uznaliśmy że klatka schodowa jest najlepszym miejscem na rozmowy pokojowe. Te trwały tylko chwilę, w zasadzie polegały na uściśnięciu ręki byłemu wrogowi . W ramach odpoczynku usiedliśmy więc w pokoju sąsiada. Czułem głód, Sąsiad na pewno też.
      W końcu, po chwili krępującej ciszy, Sąsiad zaproponował pojednawszy posiłek. Otworzył lodówkę. W środku zastała go pustka. Jedyne co pozostało to leżący na samym dnie kawałek rzodkiewki. Wojna wyniszczyła zupełnie zaopatrzenie Sąsiada. Spytał mnie czy może ja mam coś w lodówce. Poszedłem sprawdzić, lecz zastała mnie także pustka żywnościowa. Gdy mu o tym powiedziałem westchnął tylko i spojrzał na wybite okna, za którym widać było zachodzące słońce. Sąsiad stwierdził, że chyba czeka nas śmierć głodowa. Również westchnąłem i spojrzałem na okno.
      Słońce nurzało się w pomarańczowości, która rozjaśniała błękit nieba. Na parapecie usiadł biały gołąb- symbol pokoju. Komponował się z krajobrazem. Wokół niego - jakby otaczała go jasna poświata, nieznana aura. Sąsiad spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Ja także.
     Słońce nikło za równinami niczym przygasająca świeczka, niebo dotąd pomarańczowo-niebieskie robiło się coraz bardziej szarawe, pojawiły się malutkie, świecące punkciki. Siedząc na zgliszczach podziwialiśmy piękny widok.
      - Eh... – westchnął Sąsiad – piękny widok!
      - O tak! – ja również byłem zachwycony. Zrobiłem więc kolejny kęs pieczonego gołębia.
      Gdy nastał mrok, podałem kurtuazyjnie rękę Sąsiadowi i udałem się do siebie. Skacząc po meblach, dotarłem do swego łóżka. Nie mogąc znaleźć w pobliżu nic do przykrycia, zasnąłem głęboko. Jutro w końcu też jest dzień.

3 komentarze:

  1. Dzięki za komentarz :) Szkoda, że tak lakoniczny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moze i skromny w slowach. Ale coz dodawac do faktu, że jedno maluteńkie niezamierzone zdarzenie, nawet często niezależne od nas wywoluje wielką burzę, nienawisc, chora rywalizację i i bezsensowna walkę nie wiadomo o co. Natomiast takie zakonczenia nie często się chyba zdarzają:-)

    OdpowiedzUsuń